29 stycznia 2014

Rozdział III

Heeeeej! Tak, to ja, Autorka. Powiem w prostych żołnierskich słowach: jestem dumna z tego rozdziału. Napisałam go w terminie, tylko moja kochana Ola niezbyt spieszyła się ze sprawdzaniem. Ale i tak ci dziękuję :*
Zauważyłam u siebie pierwsze oznaki poprawy stylu pisania. Niektórzy też o tym wspominają... (tak, jestem skromna). Bardzo się z tego powodu cieszę, bo staram się by rozdziały były jak najciekawsze.
Akcja się rozwija i pojawią się nowi bohaterowie. Systematycznie będę aktualizować zakładkę "Słowniczek" i "Bohaterowie"
Podsumowanie: Jestem z tego rozdziału dumna i mam nadzieję, że Wam też się spodoba.
Zapraszam do czytania i komentowania.
P.S. Dziękuję za ponad 600 wyświetleń! Wspaniała liczba (:

                                                                                 Evell

______________________________

Altaïr

Od razu zauważył, że ludzie Bernarda byli zbyt pewni siebie – szli swobodnie po mieście, zupełnie nie kryjąc się z tym, że jeden z nich ma zemdlonego, zmaltretowanego człowieka zarzuconego na plecy.
Manewrowali sprawnie w labiryncie wąskich uliczek, raz po raz przechodząc przez niewielkie mosty spinające ze sobą brzegi miejskich kanałów. Ilekroć zbliżali się do wody, do nozdrzy asasyna docierał smród zdechłych ryb  i ludzkich nieczystości płynących spokojnie z prądem. Altaïr marszczył nos i zastanawiał się, jak gondolierzy rozwożący wodnymi drogami towary i ludzi po całej Wenecji po kilka godzin dziennie, znoszą takie warunki.
Przeskakując zwinnie z dachu na dach, podążał za oddziałem najemników, bacząc, by nie stracić ich z oczu. Żołnierze pod komendą templariusza w ciągu kwadransa dotarli do jednej z głównych ulic i zaczęli przeciskać się przez tłum. Ludzie nerwowo cofali się, przestraszeni, patrząc na twarde oblicza wojowników i na ich zakrwawione ubrania. Kilka razy mijali strażników patrolujących dzielnicę, którzy, na widok Ezia kołyszącego się miarowo na plecach jednego z osiłków, otwierali oczy szeroko ze zdumienia. Niektórzy uśmiechali się, zadowoleni.

- Najwyraźniej mój przyjaciel zalazł za skórę już wielu z nich – pomyślał ponuro asasyn.

Jeden z kapitanów mijanych przez najemników grupek, widząc dumnie kroczącego Bernarda, zatrzymał się.

- Niezły połów jak na ciebie, ty lurido codardo! – zawołał kpiąco.

-  Chiudi il becco!  Zamknij dziób! I uważaj, kogo nazywasz tchórzem, Ferdinando  – wycedził przez zęby Bernardo, kipiąc z gniewu – Czy mam może wspomnieć pewnej osobie o upojnej nocy, jaką ostatnio spędziłeś w tym bordello, zamiast czuwać na warcie? – dodał z chytrym uśmieszkiem.

Ferdinando wzruszył ramionami i skinął ręką na swoich podkomendnych, by szli dalej za nim. To samo uczynił Bernardo, mamrocząc coś pod nosem.
Altaïr przyglądał się całej sytuacji z dachu jednej z kamienic i teraz z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Rozbawił go wręcz dziecinny gniew templariusza. Opanował się jednak i ruszył za żołnierzami.
Kilka kroków dalej podbiegła do nich jakaś kobieta w łachmanach i z brudnymi włosami. Najwyraźniej była zdesperowana, bo nie odstraszył jej widok groźnie wyglądających, uzbrojonych mężczyzn z bliznami na twarzach.

- Błagam, panie, dajcie mi trochę pieniędzy! Moja rodzina głoduje, dzieci są chore, a ja od kilku dni nic nie jadłam. Miejcie litość! – wykrzyknęła niewiasta z lekkim obłędem w oczach, zwracając się do dowódcy.

- Zejdź mi z drogi, głupia! – odpowiedział szorstko Bernardo, zaciskając pięści.

- Jestem biedna, chora i głodna! Spójrzcie na mnie i okażcie łaskę! – nie ustępowała żebraczka, przysuwając się bliżej templariusza.

To najwyraźniej go zeźliło, bo uniósł rękę i z całej siły uderzył kobietę w policzek. Upadła na ziemię kilka metrów od niego. Przyciskając wychudzone dłonie do bolącej strony twarzy, łkała cicho.
Bernardo odwrócił się triumfalnie do swoich towarzyszy, którzy patrzyli się tępo w pokrzywdzoną niewiastę.

- A wy na co się gapicie, montoni? – warknął – Nie płacę wam za stanie jak słupy soli. Za mną! – to mówiąc, obrócił się zamaszyście i ruszył dumnym krokiem przed siebie.

Najemnicy spojrzeli niepewnie po sobie, jednak z ociąganiem poszli śladami swojego dowódcy.
Altaïr, biegnąc za nimi po dachu, kipiał z gniewu – z gniewu na siebie samego i na własną bezradność. Nie mógł stawić czoła oddziałowi najemników w pojedynkę, do tego nieuzbrojony. Taki ruch skazany byłby na porażkę - dawno minęły już czasy, kiedy bez wysiłku dawał radę całemu oddziałowi w pojedynkę . Do tego jak głupiec zostawił swoje nieodłączne zwykle ukryte ostrze w kryjówce, myśląc, iż wybiera się na zwykły spacer. Teraz właśnie ono najbardziej by mu się przydało. Ironia losu – był przekonany, że takich błędów nauczył się nie popełniać.
Zrezygnowany, śledził wciąż ludzi Bernarda. Zastanawiał się, którą z wież miał na myśli templariusz i czy długo zamierzają jeszcze iść – powoli zapadał zmrok, a asasyn zamierzał wkraść się do celi, w której zapewne zamkną Ezia, i wydostać go stamtąd wtedy, gdy ryzyko wykrycia było najmniejsze – kiedy większość znudzonych strażników zaśnie. Nie miał ochoty natknąć się na wartowników uzbrojonych po zęby, do tego wypoczętych i trzeźwych.
Pomimo bezradności i pustego gniewu cieszył się chwilą – biegł swobodnie po rdzawych dachówkach weneckich domów, skąpanych w czerwono - złotych promieniach zachodzącego słońca, znikającego stopniowo za horyzontem. Patrzył na majestatyczne statki  i mniejsze łódki kołyszące się swobodnie na morzu migoczącym w świetle ostatniego przebłysku dnia, chłonąc piękno nieba powoli zmieniającego barwę na kobaltowy. Pierwsze gwiazdy zamrugały nieśmiało.
Latarnie zapaliły się, rzucając na liczne uliczki ciepłe, żółte światło. Gwar, panujący wszędzie za dnia, przycichł znacznie, co stanowiło miłą odmianę dla uszu. Na deptaki wylegli wędrowni artyści, próbujący swoich umiejętności przed Carnevale. Pluli ogniem, żonglowali, wykonywali akrobacje gimnastyczne oraz grali na różnych instrumentach - można było usłyszeć lutnie, liry, cytry i flety.
Altaïr chłonął piękno miasta, by chwilę potem zmierzyć się z ponurą rzeczywistością – oto śledzona przez niego grupa najemników dotarła do jednej z wież strażniczych, nie różniącej się niczym od innych, rozsianych po całej Wenecji – miała popękane ceglane ściany i szary, trójkątny dach, który nie wystawał zbytnio ponad inne budynki.
Asasyn zatrzymał się i przykucnął, czujnie obserwując żołnierzy. W zimnym świetle wschodzącego księżyca wyglądał jak orzeł wypatrujący swojej ofiary.
Bernardo podszedł szybkim krokiem do drewnianych, okutych żelazem wrót wieży i zastukał cicho. Wartownik otworzył małe okienko wbudowane w bramę, a templariusz powiedział coś przyciszonym głosem. Okienko zamknęło się i po chwili ze środka budynku dobiegł zgrzyt odsuwanej zasuwy. Otwarto drzwi i powstało wejście na tyle duże, by mogło się tam zmieścić zaledwie paru ludzi.
Bernardo odwrócił się do swoich najemników.

- Bene. Dobrze. Wy dwaj – wskazał na wojownika niosącego nieprzytomnego Ezia oraz na jego towarzysza – Za mną. Reszta – podniósł głos – Czekać w pobliżu na mój powrót. I, na miłość Boską, macie być cicho, idioti! A teraz odmaszerować!

Żołnierze rozeszli się i skryli w półmroku pobliskich uliczek. Niektórzy mamrotali coś gniewnie do swoich kompanów, którzy energicznie kiwali głowami. Templariusz i dwóch wskazanych przez niego mężczyzn weszło do środka strażnicy.
Altaïr cicho jak kot zszedł po ścianie budynku na którym kucał i wtopił się w mrok panujący w zaułku na dole. Odczekał chwilę, a kiedy głosy zirytowanych ludzi Bernarda znacznie przycichły, odważył się wyjść ostrożnie w światło ulicznej latarni. Rozejrzał się szybko – na deptaku, w przeciwieństwie do reszty miasta, nie było żywej duszy – i podszedł do wieży, bacznie lustrując ją spojrzeniem. Obszedł ją dookoła, w myślach układając sobie plan niedługiej, jak miał nadzieję, podróży na górę. Zauważył ozdobny fryz po zachodniej ścianie budowli i czepił się go. Odetchnął kilka razy głęboko i zaczął wyszukiwać w ciemnościach kolejnych szpar, szczelin i wystających cegieł, które ułatwiały mu wspinaczkę. Piął się stopniowo w górę, z dość dużą łatwością znajdując oparcie dla rąk i nóg. Po kilku minutach dotarł na szczyt, gdzie zatrzymał się, wytężając wzrok.
Jego oczom ukazał się drewniany podest umieszczony dwa metry niżej i otoczony ze wszystkich stron ceglanymi blankami, pośrodku którego znajdowała się otwarta klapa. Z wnętrza dziury, do której prowadziła, połyskiwało słabe światło.
Altaïr przeczesał wzrokiem podest i zauważył dwójkę głęboko śpiących strażników, opartych o siebie plecami w rogu rusztowania. Asasyn ześlizgnął się powoli na drewniane belki i, nie robiąc przy tym najmniejszego hałasu, podszedł do  klapy. Zajrzał do środka – równomiernie rozmieszczone pochodnie oświetlały drabinę prowadzącą w głąb wieży. Złapał się pierwszego szczebla i zaczął schodzić w dół. Co kilka metrów przystawał, by w razie czego móc usłyszeć dźwięki świadczące o obecności nie śpiących żołnierzy.
Zszedł już spory odcinek do miejsca, w którym tunel z drabiną otwierał się na okrągłe pomieszczenie, kiedy do jego uszu doszły niewyraźne głosy. Od razu znieruchomiał.

- Nie obchodzi mnie to, że nie macie już cel – Altaïr rozpoznał zirytowany głos Bernarda – To jest mój jeniec i będzie zamknięty, gdzie ja chcę. Więc albo przeniesiecie jednego z waszych więźniów gdzie indziej, albo skarzecie go na śmierć. Nieważne, jakim sposobem to zrobicie, asasyn będzie umieszczony tutaj.

- Ależ altezza, nie mamy gdzie przenieść żadnego z więźniów, a nie możemy tak po prostu skazać go na śmierć. Dobrze wiesz, messere, że ci ludzie nie popełnili żadnej realnej zbrodni, byli po prostu dla nas niewygodni. Gdybyśmy ich powiesili, lud zapewne szybko by się zbuntował i wybuchłaby rebelia. A na taki kolej rzeczy na razie nie możemy sobie pozwolić – wyjaśniał cierpliwie kapitan straży.

- W takim razie możecie umieścić go nawet w stajni, razem z końmi, byleby tylko mój jeniec znalazł się tutaj. Zrozumiano?
- Tak jest, altezza.

Altaïr usłyszał szczęk otwieranej celi. Spojrzał w dół i dostrzegł kapitana schodzącego po schodach, trzymającego za łańcuch przytroczony do metalowej obroży na szyi wymizerowanego więźnia.
Chwilę potem rozległ się dźwięk nagłej kotłowaniny i odgłos przekręcanego klucza.

- Macie tu stać i nikogo nie przepuszczać – rozkazał zdecydowanym głosem Bernardo, zwracając się do swoich najemników – Wrócę tu rano, by zająć się asasynem. Gdyby do tego czasu się ocknął, pod żadnym pozorem nie zbliżajcie się do krat. Nie chcecie chyba paść ofiarą jego ostrza? – templariusz zrobił pauzę – Dobrze. Jesteście tu jedynymi wartownikami i pamiętajcie o jednym: jeśli jutro zobaczę was śpiących na warcie, obiboki, nie wypłacę wam pensji przez najbliższe dwa miesiące. Dotarło to do was, wy zakute łby? A teraz macie czuwać i żadnej gry w karty! – rzucił na odchodnym Bernardo i zszedł po schodach, tupiąc głośno.

Tak jak spodziewał się Altaïr, kiedy tylko trzasnęła brama zamknięta za dowódcą, niezadowoleni żołnierze zaczęli wymieniać swoje uwagi.

- Gdyby tylko ojciec mnie widział – burknął pierwszy – Zamiast zostać prawnikiem, służę jako popychadło u jakiegoś zarozumiałego bastardo. Trzeba było pojechać do Sieny, kiedy nadarzyła się okazja, mówię ci.

- Spokojnie, Carlo – uciszył go drugi – Nie wiadomo, czy tam wiodłoby się nam lepiej. A Bernardo nie jest taki zły – owszem, zazwyczaj jest gburowaty, ale zdarzają mu się lepsze dni i potrafi się nawet uśmiechać.

- Mów za siebie, Antonio. To nie ty musiałeś dwa tygodnie temu pojechać do Rzymu tylko po to, by kupić mu rapier. Kiedy wróciłem, ukarał mnie za to, że musiał tak długo czekać. Tak jakby podróż w tę i z powrotem mogła trwać trzy godziny!

- Przynajmniej nam płaci. A teraz bądź cicho, bo jeszcze nas ktoś usłyszy. Chodź, zagramy w karty.

- Nie słyszałeś? Zabronił nam. Nie chcę znowu wylądować w kupie łajna, jak poprzednio – Carlo miał wątpliwości.

- Strasznie przynudzasz – odparował jego towarzysz - Przecież powiedział, że wróci dopiero rano. No, dalej. Nie mamy się czego obawiać.

Asasyn, zupełnie nie zdziwiony brakiem dyscypliny w szeregach wroga, zaczekał na moment, kiedy dwaj najemnicy znaleźli się pod nim i wtedy ciężko na nich spadł. Zaskoczeni żołnierze, przygnieceni ciężarem Altaïra, zaczęli się szamotać, jednak asasyn zdzielił ich mocno po głowie i obydwaj zemdleli.

- Przepraszam, panowie, jednak wasza partyjka musi poczekać – powiedział kpiąco.

Wstał, rozglądając się dookoła. Jego wzrok spoczął na kluczach zawieszonych na gwoździu wbitym w drewnianą ścianę. Sięgnął po nie i szybko ruszył w kierunku więziennych cel, wypatrując Ezia. Jego kroki odbijały się echem po pomieszczeniu. Większość więźniów już spała, jednak niektórzy patrzyli na przechodzącego Altaïra z niemym błaganiem o pomoc. Z tego, co usłyszał asasyn, ci ludzie byli niewinni i współczuł im, jednak nie mógł ich uwolnić. Nie miał czasu, by otwierać wszystkie cele - lada chwila wartownicy mogli się ocknąć, a jemu zależało na pozostaniu anonimowym.
Obszedł pomieszczenie dookoła i już miał zejść na niższy poziom, kiedy do jego uszu dotarło stłumione pojękiwanie. Wrócił do miejsca, z którego dochodził głos i w ciemności zobaczył skuloną postać, odzianą w zakrwawioną białą szatę. Altaïr zaklął i szybko otworzył celę.
Wszedł do środka i zarzucił sobie półprzytomnego Ezia na plecy.
Odwrócił się i naprzeciwko siebie zobaczył okno dość duże, by można było wydostać się nim na zewnątrz. Asasyn wychylił przez nie głowę  i spojrzał w dół. Kilka metrów niżej znajdował się dach kamienicy połączonej jedną stroną z wieżą – idealna droga na ucieczkę.

- To kiedyś było znacznie trudniejsze – zamyślił się Altaïr z dziwną nostalgią – Żeby wydostać asasyna z budynku pełnego żołnierzy trzeba było mieć wszystko idealnie zaplanowane i stoczyć z nimi krwawy pojedynek. A teraz? Jeden człowiek, do tego nieuzbrojony, może spokojnie wykonać swoją misję bez większych problemów.

Uśmiechnął się smutno.
W tej chwili rozległ się tupot nóg – ktoś najwyraźniej wchodził po schodach.

Asasyn szybko przecisnął się przez okno i przykucnął na zewnętrznym parapecie, oceniając odległość dzielącą go od dachu. Wypatrzył miejsce, w którym dachówki tworzyły płaską powierzchnię i skoczył, wybijając się mocno. Wylądował na ugiętych nogach, amortyzując upadek. Wyprostował się z trudem.

- Cholera – mruknął cicho do jęczącego Ezia, poprawiając go sobie na ramieniu - Ważysz dużo więcej, niż mogłoby się to wydawać.
- Zabawnie byłoby widzieć minę templariusza, kiedy zorientuje się, że uciekł mu więzień – dodał w myślach – No cóż, innym razem. Teraz muszę jak najszybciej dotrzeć do kryjówki, zanim podniesie alarm.

Pobiegł w ciemności, zostawiając za sobą wieżę i zamieszanie, które w niej wybuchło.

***

Godzinę później Altaïr kończył opatrywać rannego Ezia leżącego na drewnianym łóżku. Cięcia zadane przez miecze nie były głębokie, jednak by nie zostały po nich blizny, asasyn musiał je dokładnie oczyścić i owinąć bandażami. Wyszedł na chwilę z pokoju i wrócił z mokrą szmatką, którą położył na rozpalonym czole Ezia. Ten zaczął mamrotać coś niezrozumiale przez sen. Altaïr lekko się uśmiechnął.

- To na razie powinno ci wystarczyć – powiedział do niego cicho, siadając przy biurku stojącym w kącie pomieszczenia – Poczekam, aż sam się obudzisz. Tak będzie najlepiej.


Na blacie paliła się jedna świeca, rzucając ciepłe światło.
Asasyn przysunął do siebie księgę z pustymi kartkami, wziął do ręki pióro i umoczył je w kałamarzu. Myślał przez chwilę, wystukując palcem miarowy rytm. Po czym zaczął pisać.

7 stycznia 2014

Rozdział II


Ech... Tak, w końcu wstawiam ten rozdział. Musicie mi wybaczyć, że nie doczekaliście się go przez prawie 2 miesiące... Niestety, nie zdołałam pokonać mojego wrodzonego lenistwa i nie udało mi się wykrzesać w sobie odrobiny motywacji. Jeszcze jednym czynnikiem było to, że prawie każdy wieczór spędzałam w Tumblrze i na bloga nawet nie zajrzałam. Tym razem, mam nadzieję, będzie inaczej i kolejny rozdział pojawi się w terminie.

Chcę Wam jednak podziękować za pozytywne komentarze, które dowodzą, że mój zmysł pisarski nie jest niedorozwinięty. Dziękuję za wsparcie i przepraszam, że się nie odwdzięczam. Muszę po prostu wziąć się w garść.

Dziękuję także Oli za poprawienie tego rozdziału i za popędzanie mnie do jego wstawienia! <3

Miłego czytania!
                                                                                                             Evell
_________________________________________

Altaïr

Biegł już przez dłuższy czas, przeskakując z budynku na budynek. Popołudniowe słońce raziło go w oczy, jednak nie zwalniał tempa. Od czasu do czasu przystawał, by spojrzeć na sylwetki Wenecjan przemykające w dole po brukowanych uliczkach lub na gondole płynące po brudnych wodach miejskich kanałów. Altaïr dostrzegł kilka bogato odzianych kobiet, wędrujących w gronie towarzyszek od jednego krawca do drugiego, lub kupujących biżuterię i ozdoby przy stoiskach handlarzy. Sukien tych dam nie sposób było nie zauważyć – aksamity i jedwabie miały znaczącą objętość i rzucające się w oko kolory, a kryształowe kolie i bransolety odbijały światło słoneczne. Przeważającą liczbę przechodniów stanowili jednak mężczyźni, spieszący do kowali, do banków, marszandów lub lekarzy. Wszyscy, z nielicznymi wyjątkami, ubrani byli w dostojne stroje o bufiastych rękawach i w pończochy, niekiedy poprzetykane złotymi nićmi, natomiast na głowach mieli płaskie czapki zazwyczaj przyozdobione pawimi piórami lub obszyte różnego rodzaju futrami.
Budynki mijane przez Altaïra idealnie podkreślały zamożność miasta: zdobione fryzy, kamienne lwy, balkony z kwiatami, liczne obrazy i rzeźby oraz malowane okiennice – wszystko wspaniale ze sobą współgrało i nawzajem się uzupełniało.
Ogólne wrażenie przepychu potęgował także fakt zbliżającego się, sławnego Carnevale. Na ulicach można było dostrzec wędrownych artystów w kolorowych strojach oraz liczne, wielobarwne wstęgi materiału, porozwieszane na ścianach kamienic i na barierach mostów. Nawet miejscy strażnicy sprawiali wrażenie bardziej rozluźnionych niż zwykle, jednak wielu z nich spoglądało na karnawałowe zamieszanie z nieukrywaną pogardą i dezaprobatą.
Asasyn patrzył z ponurą miną na przytłaczające bogactwo miasta, rozmyślając nad tym, jak bardzo świat i ludzie się zmienili. Jednak nie to było głównym powodem jego rozważań – bacznie śledził pewnego człowieka przeciskającego się przez tłumy na ulicach i próbował odgadnąć jego zamiary.
Altaïr zauważył tego mężczyznę godzinę wcześniej, kiedy to przysiadł na ławce  w pobliżu Ponte di Rialto, odpoczywając po porannym spacerze. Siedział tam przez jakiś czas, wpatrując się w mętne wody Canale Grande i raz po raz zerkając na ludzi chodzących po niewielkim placyku. Wsłuchiwał się w różne rozmowy prowadzone między handlarzami i klientami, jednak żadna z nich nie przykuła jego uwagi na dłużej. Kiedy Altaïr postanowił wznowić przerwany marsz, jeden z ulicznych heroldów wspiął się na drewniany podest i zaczął ogłaszać zwykłe wieści z życia mieszkańców Wenecji. Asasyn od razu stracił zainteresowanie jego przemówieniem i już miał wstać z ławki, jednak wtedy zaciekawiło go  jedno z licznych ostrzeżeń wypowiedzianych mówcę.


-Ezio Auditore, od niedawna najbardziej znany i najgroźniejszy morderca Italii, jest obecnie w naszym mieście! Uważajcie, gdzie i kiedy chodzicie! – krzyknął herold do ludzi zebranych na placyku.

Asasynowi to imię wydało się dziwnie znajome, jednak nie miał czasu się nad nim zastanowić – pośród tłumu dostrzegł człowieka w białym kapturze, energicznie zbliżającego się do osobnika na drewnianym podeście. Zakapturzony mężczyzna wspiął się na podwyższenie i podejrzanie blisko podszedł do herolda. Nachylił się ku niemu, mówiąc coś półgłosem, po czym Altaïr zobaczył dyskretny ruch, który wykonał człowiek w kapturze – włożył on w garść mówcy kilka monet. Ten zrobił zdziwioną minę, ale kiwnął głową na znak porozumienia i nieznajomy oddalił się w kierunku jednej z pobliskich uliczek. Asasyn bez zastanowienia ruszył za nim w tamtym kierunku, domyślając się tożsamości podejrzanego osobnika.
Szedł kilka kroków za nim, kryjąc się w cieniu. Bacznie obserwował swój cel, będąc gotowym na szybkie wtopienie się w tło, gdyby zakapturzony mężczyzna nagle odwrócił głowę. Kiedy więc nieznajomy przystanął i rozejrzał się, Altaïr w mgnieniu oka dał nura w sąsiedni wąski zaułek. Najwyraźniej podejrzany człowiek nie dostrzegł niczego niepokojącego – wybił się w górę i jakby nigdy nic zaczął swobodnie wspinać się po ścianie jednego z budynków.

-Ciekawe, co jeszcze potrafisz – powiedział do siebie asasyn przyciszonym głosem, obserwując mężczyznę pnącego się na dach kamienicy.

Kiedy nieznajomy ruszył przed siebie po dachówkach, Altaïr wyszedł z ukrycia i, idąc w ślady swojego celu, chwycił się jednego z fryzów zdobiących brudny budynek. Rozpoczął wspinaczkę, która zajęła mu trochę więcej czasu niż jego poprzednikowi. Będąc już przy dachu, spostrzegł metalową poręcz służącą do zawieszania kwiatów, umieszczoną metr pod zadaszeniem, i złapał ją rękoma. Zawisł na chwilę w powietrzu, jednak zaraz podciągnął się, przykucając na drążku. Dotarł na szczyt kamienicy w idealnym momencie, by spostrzec jak mężczyzna w kapturze, odwrócony do niego plecami, przeszywa łucznika ostrzem przytwierdzonym do nadgarstka. Asasyn zastygł w miejscu, chowając głowę pod poziom dachu, modląc się, by nieznajomy go nie zauważył. Jego prośby spełniły się – kiedy łucznik skonał, zakapturzony mężczyzna wyprostował się i spojrzał dookoła, jednak nie zechciał sprawdzić, czy przypadkiem ktoś nie kuca na poręczy.

-Czyżby doża Wenecji nie zatroszczył się o to, by jego strażnicy byli przeszkoleni w walce z takimi niebezpiecznymi ludźmi jak ja? – do uszu Altaïra dotarł arogancki głos zabójcy - Jestem teraz prawie niemożliwy do pokonania.

Asasyn ostrożnie wychylił głowę nad dachówki i zobaczył swój cel oddalający się w kierunku przeciwległej krawędzi zadaszenia. Nieznajomy dotarł tam, spojrzał w dół na ulicę znajdującą się pod nim, po czym na ułamek sekundy znieruchomiał i skoczył w przestrzeń.
Wtedy Altaïr odważył się wspiąć na dach. Podszedł sztywno do martwego łucznika i spojrzał w jego nieruchome oczy. Wzrok asasyna powędrował w dół i zatrzymał się na ranie na brzuchu zmarłego, do złudzenia przypominającej krwawy kwiat. Altaïr doskonale znał taki rodzaj obrażeń i stwierdził, że śmierć tego mężczyzny musiała być wyjątkowo bolesna. W geście szacunku, jaki okazywał każdemu, kto odszedł na tamten świat z jego lub obcej ręki, pochylił się i delikatnie zamknął puste oczy łucznika, wyszeptując słowa błogosławieństwa.


-Chyba znalazłem odpowiedź na moje poprzednie pytanie – powiedział zgryźliwie asasyn, prostując się.

Szybkim krokiem oddalił się od zwłok i dotarł do miejsca, z którego skoczył mężczyzna w kapturze. Wychylił się poza krawędź dachu i dostrzegł wóz świeżo skoszonego siana. Kilka metrów od niego stał nieznajomy, opierający się o ścianę sklepu marszanda i machający zalotnie do grupki kurtyzan. Na jego twarzy Altaïr spostrzegł bezczelny uśmieszek i poczuł do tego człowieka obrzydzenie – stał w wyzywającej pozie, flirtując z prostytutkami, podczas gdy raptem trzy minuty wcześniej bez skrupułów zabił człowieka, nawet nie zamykając mu oczu. Na dodatek wypowiedział kilka niepochlebnych słów pod adresem ofiary, chwaląc się własnymi umiejętnościami.
Asasyn domyślił się już, kim jest mężczyzna, którego śledzi – Ezio Auditore, ten sam, przed którym rano ostrzegał herold. To oznaczało, że ten człowiek jest wrogiem doży Wenecji, a tym samym w dziwny sposób sprzymierzeńcem Altaïra – kolejnym asasynem.


- Dziękuję za takiego sojusznika –pomyślał Altaïr, marszcząc brwi.

W tym samym momencie dostrzegł orła szybującego po niebie  w prostej linii nad głową Ezia. Zrozumiał ten znak i westchnął. Nieważne, co myślał – ten ignorant miał mu pomóc w walce z templariuszami. Chcąc nie chcąc musiał go śledzić, żeby przekonać się, co zamierza zrobić.
Zrobił kilka głębokich wdechów i wybił się w górę. Skoczył.
Kiedy spadał z rozpostartymi rękoma, jego pozbawione napięcia ciało wyrysowało w powietrzu łuk, pęd powietrza szarpał mu szaty. A potem idealnie wylądował w wozie pełnym siana, który zamortyzował upadek.
Asasyn pozostając w ukryciu obserwował, jak jego cel naciąga głębiej kaptur i zaczyna powoli sprawdzać stan amunicji.


-Co za głupiec – pomyślał Altaïr – Takie rzeczy robi się przed misją, a nie w jej trakcie.

Już dawno domyślił się, że Ezio ma zadanie do wykonania – inaczej nie starałby się zbytnio wyciszyć rozgłosu, przekupując herolda. Zdjąłby także swój kaptur i nie przemieszczał po dachach, by, jak mniemał Altaïr, szybciej znaleźć się u celu swojej misji. Nie zachowywałby się tak ostrożnie, chowając się w sianie i wtapiając w grupkę kurtyzan. Poza tym asasyn dostrzegł jeszcze coś, co wskazywało na trwające zadanie – Ezio cały czas nerwowo spoglądał na słońce, jakby chcąc zobaczyć, ile jeszcze zostało mu czasu.
Altaïr zauważył wszystkie te znaki i teraz przyglądał się swojemu przyszłemu sojusznikowi z konsternacją. Stworzył w myślach listę wszystkich błędów, jakie popełnił młodzieniec i obok niezbyt udanej anonimowości, braku szacunku dla zmarłych i arogancji dopisał niedostateczne przygotowanie do misji.


- Merda! – usłyszał Altaïr wciąż przebywający w swojej kryjówce – Gdyby nie Rosa, uzupełniłbym to wcześniej, a teraz muszę znaleźć najbliższego kowala. Zanim go odwiedzę i kupię potrzebne rzeczy, stracę dużo czasu, a powodzenie mojej misji nie będzie już takie pewne. Jak ponownie się z nią spotkam, powiem jej, że poważnie zagraża moim działaniom.

- I wszystko jasne – pomyślał asasyn, uśmiechając się pogardliwie – Więc to kobieta przeszkodziła mu w przygotowaniach.

Kątem oka zauważył, jak Ezio podchodzi do człowieka grającego na lutni. Obrócił lekko głowę i spostrzegł, że młodzieniec sięga do sakiewki i wyjmuje garść florenów, a następnie wręcza pieniądze grajkowi. Mężczyzna podziękował i uśmiechnął się z wdzięcznością.
Kiedy Ezio ominął człowieka z lutnią i zaczął iść dalej deptakiem, Altaïr ostrożnie wyszedł z siana i strzepnął z szaty pozostałe źdźbła. Poprawił swój skórzany pas i ruszył śladami młodego mężczyzny, starając się nie przyciągać niczyjej uwagi. To samo zapewne chciał uczynić jego „przyjaciel", jednak wychodziło mu to dość nieudolnie – co chwilę potrącał przechodniów lub mężczyzn niosących skrzynie z różnymi towarami. Rozlegały się wrzaski i przekleństwa, kilka razy uwagę na zamieszanie zwracali strażnicy.
Altaïr po raz kolejny przywołał w myślach swój spis i dopisał tam brak umiejętności dyskretnego poruszania się w tłumie.
W końcu Ezio zatrzymał się, dostrzegł bowiem warsztat kowala do którego, według Altaïra, zmierzał. Wyminął kobietę niosącą dzban z wodą i skierował swe kroki do kuźni. Asasyn postanowił, że zostanie na zewnątrz i poczeka, aż jego cel wróci na deptak. Dostrzegł wolne miejsce na ławce w cieniu i usiadł tam, pochylając głowę. Bacznym spojrzeniem obserwował wejście do pracowni, raz po raz zerkając na grupkę strażników stojącą koło jednego z kamiennych lwów po drugiej stronie ulicy i gawędzącą o czymś swobodnym tonem. Altaïr nie mógł dosłyszeć ich słów, ponieważ zakłócały je głosy przechodniów i krzyki handlarzy, zachęcających do kupna ich towarów. Obawiał się podejść bliżej, by nie stracić z oczu kuźni. Siedział więc tak nieruchomo, wyczekując momentu, kiedy Ezio wyjdzie z warsztatu. Trwało to dłużej, niż oczekiwał i z niezadowoleniem patrzył na wychodzącego z pracowni młodzieńca.


- Ten głupiec jest naprawdę zbyt pewny siebie – pomyślał z dezaprobatą asasyn.

Wstał powoli z ławki, ruszając za swoim celem. Pomyślał, że łatwiej mu będzie obserwować Ezia z góry i w tym momencie dostrzegł drabinę opartą o ścianę jednego z budynków. Chwycił ją rękoma i szybko wspiął się na górę.  Już na dachu rozejrzał się szybko. Nie zauważył jednak nikogo i truchtem podbiegł do miejsca, w którym znajdował się idealnie nad Eziem. Skręcił razem z nim w małą uliczkę i po kilku krokach dostrzegł przed sobą ścianę. Niewiele myśląc, zgrabnie przeskoczył na drugą stronę wąskiego przejścia. Nie miał szczęścia – zobaczył jak jego sojusznik zatrzymuje się, najwyraźniej zauważając cień na bruku. Ezio spojrzał w górę. Altaïr zareagował za wolno - przez sekundę widział jego brązowe oczy i dopiero wtedy gwałtownie się cofnął. Momentalnie znieruchomiał, jakby miało to wymazać niefortunne zdarzenie. Czekał przez chwilę w napięciu, mając nadzieję, że Eziowi nie wpadnie do głowy pomysł, by wspiąć się na dach. Po odczekaniu całej minuty ostrożnie wychylił się poza krawędź, akurat w momencie, by zobaczyć jak drugi asasyn idzie dalej wąską uliczką. Altaïr odetchnął z ulgą.
- Następnym razem muszę być ostrożniejszy – mruknął do siebie, ruszając za swoim celem.
Nie spiesząc się zbytnio, dotarł na plac św. Marka. Dostrzegł tam tłum zebrany przed Palazzo Ducale - widocznie wydarzyło się coś, co przykuło uwagę większości ludzi przebywających na placu. Zbiegowisko najwyraźniej przykuło także uwagę strażników patrolujących okolicę – wielu z nich przeciskało się przez skłębionych wenecjan, by przyjrzeć się zdarzeniu z bliska. Powodem całego rozgardiaszu była walka pomiędzy grupką zbrojnych – Altaïr nie mógł określić jednak, pod czyją komendą służą, ponieważ barwy noszone przez żołnierzy były mu nieznane.
Poszukał wzrokiem Ezia i znalazł go, znikającego w cieniu jednej z bram wychodzących z placu. Dogonił go lekkim truchtem, bacząc, by tamten go nie usłyszał.
Jego niepokój wzbudził widok kilku potężnie zbudowanych mężczyzn, nadchodzących z naprzeciwka. Najwyraźniej Ezio także ich dostrzegł i zatrzymał się.
Altaïr przykucnął, wytężając wzrok i starając się przyjrzeć człowiekowi idącemu na czele tamtej grupki. Wydało mu się, że to właśnie on jest jej przywódcą, co trochę go zaskoczyło. Mężczyzna był prawie o głowę mniejszy od pozostałych i na pewno nie tak umięśniony, co tamci – lekki napierśnik skrywał chuderlawe i patykowate ciało. Wtedy dotarło do asasyna, że reszta towarzyszących mu ludzi to najemni wojownicy – a więc ich dowódca miał nad nimi władzę tylko ze względu na pieniądze, nie szacunek.
Kiedy grupa przystanęła, Altaïr dostrzegł, że jej przywódca mierzy się z Eziem groźnym spojrzeniem i wyczuł w powietrzu głębokie napięcie pomiędzy tą dwójką. Coraz bardziej zaciekawiony przebiegiem wypadków, w milczeniu obserwował scenę rozgrywającą się pod nim.

- Bernardo – powiedział Ezio obojętnym tonem, wyraźnie zwracając się do swojego przeciwnika.


- We własnej osobie – na twarzy przywódcy wykwitł bezczelny uśmieszek – Ty nigdy nie odpuszczasz, prawda?

- Nie mam w zwyczaju czynić inaczej – Ezio dumnie podniósł głowę.

Altaïr zauważył, że na miejsce zdarzenia przybywa coraz więcej najemników. Cała sytuacja zaczynała mu się coraz mniej podobać, nie tylko ze względu na znacznie większą przewagę liczebną wroga nad młodym asasynem.

- Cóż, dokonałeś więc wyboru. Moi ludzie rozprawią się z tobą w ciągu chwili. Oto miejsce, w którym zginiesz… asasynie – do uszu Altaïra dobiegł wypełniony obrzydzeniem głos Bernarda.

- To się jeszcze okaże – odpowiedział ostro Ezio.

Ku zdumieniu asasyna, jego przyszły sojusznik zaatakował, wysuwając swoje ukryte ostrze. W mgnieniu oka zabił pierwszego z najemników, przebijając mu wnętrzności. Drugi wpadł z impetem na Ezia, który zamachnął się swoją bronią i ciął atakującego w szyję. Wojownik padł, a z rany trysnęła fontanna krwi.

- Zabić go! – rozległ się piskliwy rozkaz Bernarda.

W odpowiedzi Ezio rzucił się na zbliżających się ku niemu żołnierzy.
Altaïr z niechętnym podziwem obserwował walczącego mężczyznę. Najemnicy padali pod jego ciosami jak muchy, a on sam nie został ani razu zraniony. Ciął, markował i pchał po mistrzowsku, a jego kontry wywarły niemałe wrażenie na asasynie. Zauważył jednak, że Ezia zbytnio rozprasza fakt, iż coraz więcej najemników z nim walczy.
Po kilku chwilach stało się pewne, że sojusznik Altaïra powoli zaczyna opadać z sił pod napływem wojowników – kilka razy został draśnięty, a jego ruchy stawały się coraz bardziej powolne.
Asasyn przeklął siebie w duchu – całą broń zostawił rano w swojej kryjówce, myślał bowiem, że wybiera się tylko na zwykły spacer. Teraz bezradnie musiał obserwować, jak młody mężczyzna słabnie i szala zwycięstwa powoli przechyla się na stronę ludzi Bernarda.
Altaïr ze smutkiem – z żalu nie mógł już nawet zdobyć się na pogardę - patrzył, jak Ezio zdobywa kolejne obrażenia. W końcu jeden z żołnierzy trafił drugiego asasyna w bok. Ofiara wydała okrzyk bólu, a oprawca skorzystał z okazji i powalił ją na ziemię. Ezio stracił zbyt dużo krwi. Natychmiast otoczyli go ludzie Bernarda, a na ich czele stał on sam– uśmiechający się od ucha do ucha z satysfakcją na twarzy.


- I tak oto kończy wielki asasyn! Zabierzcie go do wieży strażniczej! – zwycięzca wydał rozkaz swoim najemnikom, ciesząc się niezmiernie.

Altaïr dostrzegł, że w tym momencie Ezio zemdlał, a jeden z podkomendnych Bernarda podszedł do niego niespiesznie i zarzucił sobie na plecy jak szmacianą lalkę. Dał znak swoim kompanom i cała zgraja ruszyła w stronę, z której przybyła.
Asasynowi nie pozostało nic innego, jak za nimi pójść.

12 listopada 2013

Rozdział I

Na początku chcę podziękować moim przyjaciółkom za komentarze napisane pod prologiem. Dzięki za to, że mnie wspieracie i dajecie mi kopa w tyłek jak nie chce mi się pisać rozwiewacie nachodzące mnie od czasu do czasu wątpliwości <3 To dzięki Wam założyłam bloga i dałyście mi mega motywację do pisania dalszego ciągu. Więc dedykuję ten rozdział dla Was. Miłego czytania!
Evell


Ezio

„Ezio Auditore, od niedawna najbardziej znany i najgroźniejszy morderca Italii, jest obecnie w naszym mieście! Uważajcie, gdzie i kiedy chodzicie!” - uliczny herold praktycznie wykrzyczał to Eziowi prosto do ucha.
Asasyn skrzywił się i podszedł do mężczyzny ubranego w brązowy strój i ostrzegającego ludzi przed domniemanym niebezpieczeństwem. Wyjął ze swojej zużytej sakiewki pięćset florenów i dyskretnie włożył w garść głośnego osobnika, szepcząc:

-Właściwie to nazywam się Ezio Auditore da Firenze i nie jestem mordercą, tylko asasynem. Świetnym asasynem. Nie zabijam niewinnych, zrozumiałeś?

Herold przez chwilę wyglądał na zszokowanego, jednak zatuszował to głośnym kaszlem. Pokiwał lekko głową na znak, że zrozumiał. Ezio oddalił się w kierunku jednej z pobliskich uliczek, usłyszał jednak początek kolejnego ostrzeżenia ze strony mężczyzny, który ponownie skierował swój głos do tłumu przy moście: „Unikajcie spożywania ryb złowionych w miejskich kanałach! Są one…”
Asasyn przewrócił oczami, znikając w cieniu ciemnego zaułku.
Po kilku krokach zdecydował, że wespnie się na jeden z domów, by z jego dachu lepiej przyjrzeć się okolicy. Rozejrzał się, by mieć pewność że nikt nie idzie. Jako że uliczka była raczej wąska i brudna, a rozświetlał ją jedynie blask samotnej latarni, nie było na niej żywej duszy. Ezio wybił się więc w górę i rozpoczął wspinaczkę. Piął się po budynku z łatwością, ponieważ kamienie, z których zbudowano ściany kamienicy były grubo ciosane i miały wiele miejsc, w których można było postawić stopy i oprzeć dłonie. Kiedy dotarł na górę, wyprostował się, zmrużył oczy i zaczął bacznie lustrować wzrokiem sąsiednie, połyskujące w słońcu dachy, a także gondole spokojnie przepływające po mętnych wodach Canale Grande. Stał tak chwilę rozmyślając, jak najszybciej dostać się do Palazzo Ducale. Był tak zadumany, że nie zauważył łucznika idącego w jego stronę. Mężczyzna, podchodząc bliżej, powiedział:

-Messere, proszę o natychmiastowe zejście…

 Asasyn odwrócił się, a na jego widok mężczyzna zrobił wielkie oczy, gwałtownie wciągnął powietrze do płuc i wykrzyknął: „Assassino!”. Ezio zaklął cicho pod nosem. Szybko wysunął swoje ukryte ostrze i wbił precyzyjnym ruchem w brzuch łucznika akurat w momencie, kiedy ten wołał, najprawdopodobniej do swoich towarzyszy rozproszonych po innych dachach:

-Nie pozwólcie mu uciec! Ti arresto!

 Ezio szybkim ruchem wyszarpnął ostrze z wnętrzności mężczyzny, który po kilku sekundach oszołomienia zachwiał się i opadł na czerwone dachówki. Ręką przykrywał zranione miejsce, odruchowo próbując zatamować krew, która wypływała z rany. Zwijał się jeszcze przez chwilę w agonii, a asasyn przyglądał się temu z kamienną twarzą i obojętnym wzrokiem. W końcu łucznik skonał, a młodzieniec rozejrzał się dookoła, upewniając się, czy przypadkiem ktoś niepożądany nie zauważył jego postępku. Miał szczęście - najwyraźniej do nikogo nie dotarły krzyki martwego już mężczyzny.

-Czyżby doża Wenecji nie zatroszczył się o to, by jego strażnicy byli przeszkoleni w walce z takimi niebezpiecznymi ludźmi jak ja? – powiedział Ezio z arogancją w głosie – Jestem teraz prawie niemożliwy do pokonania.

Uśmiechnął się do siebie, dumny z tego spostrzeżenia. Od dawna uważał, że wojsko doży stało się leniwe i słabo wyszkolone, jednak dopiero teraz zobaczył dowód na własne oczy. Wciąż się uśmiechając, zeskoczył z wysokiego na piętnaście metrów dachu i wylądował prosto w wozie pełnym świeżo skoszonego, pachnącego siana. Ostrożnie wyszedł ze stogu, strząsając z siebie pozostałe źdźbła i  szybko wmieszał się w niewielką grupkę stojących koło siana kurtyzan odzianych w bogate stroje i biżuterię. Upewniwszy się, że w pobliżu nie ma żadnych strażników, asasyn wyszedł z ukrycia i, kłaniając się, powiedział na odchodnym:

- Dziękuję pięknym paniom za udzieloną mi pomoc.

Kurtyzany zachichotały, machając do Ezia zalotnie. Ten, odwzajemniając gest, oddalił się kilka kroków i oparł się o ścianę jednego ze sklepów marszanda. Przez chwilę przyglądał się ciekawie obrazom i mapom ze skarbami, których w Wenecji podobno było mnóstwo. Stał tak przez chwilę, zastanawiając się, czy nie warto byłoby zakupić jedną z map i  poszukać ukrytych skrzyń.

- Nie - zganił się w duchu – Mam zadanie do wykonania i nie mogę rozmyślać o skarbach, które prawdopodobnie nie istnieją. Mapy na pewno rysował jakiś chciwiec, który miał nadzieję, że uda mu się na nie naciągnąć naiwnego głupca. A głupcem nie jestem. – Ezio zmarszczył brwi - Straciłbym tylko czas i pieniądze.

Asasyn przeciągnął się, naciągnął głębiej kaptur i postanowił sprawdzić, czy ma pełny zapas amunicji. Zakładał, że będzie mu ona niezbędna w powodzeniu jego misji. Sięgnął więc do pasa, by sprawdzić jej stan. Zauważył, że brakuje ma połowy noży do rzucania i naboi do ukrytego pistoletu.

- Merda! – mruknął ze złością Ezio – Gdyby nie Rosa, uzupełniłbym to wcześniej, a teraz muszę znaleźć najbliższego kowala. Zanim go odwiedzę i kupię potrzebne rzeczy, stracę dużo czasu, a powodzenie mojej misji nie będzie już takie pewne. Jak ponownie się z nią spotkam, powiem jej, że poważnie zagraża moim działaniom.

Wbrew sobie pomyślał o Rosie, członkini weneckiej Gildii Złodziei. Pamiętał każdy detal jej twarzy: pełne, czerwone usta tak idealnie pasujące do jego warg i odsłaniające szereg śnieżnobiałych zębów, kiedy się śmiała, kasztanowe włosy, pachnące tak świeżo i miło oraz oczy - te brązowe, inteligentne oczy, które każdego obrzucały szyderczym spojrzeniem. Rozmarzył się chwilę nad tym, co wydarzyło się podczas ich ostatniego spotkania. Chętnie by to powtórzył, jednak miał teraz inne zadanie do wykonania.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk lutni – to uliczny grajek chodził po szerokiej ulicy, zaczepiając grupki przechodniów i wygrywając im swoje ballady.
Ezio przypomniał sobie o brakach w amunicji, westchnął, odsuwając rozmyślania o Rosie na dalszy plan, i szybkim krokiem podszedł w stronę mężczyzny z lutnią. Sięgnął do sakiewki i wręczył mu kilka florenów. Bard uśmiechnął się z wdzięcznością, mówiąc:

-Grazie, signore.

Asasyn lekko kiwnął głową w jego stronę, ominął go i ruszył dalej deptakiem. Szedł ulicą, omijając lub wtapiając się w grupki gawędzących ze sobą mężczyzn i kobiety. Kilka razy niechcący potrącił ludzi niosących skrzynie z różnymi towarami. Zaskoczeni tragarze upuszczali drewniane pudła, a przedmioty się w nich znajdujące rozsypywały się po bruku. Ezio oddalał się wtedy szybkim krokiem, by nie zwrócić uwagi strażników, jednak wściekli przechodnie ciskali za nim przekleństwa i wyzwiska: „Bastardo! Stronzo! Birbante!” Wrzaski w końcu przykuwały uwagę zbrojnych, jednak asasyn był już wtedy daleko od miejsca zdarzenia.
Szedł tak jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu usłyszał dźwięki młota uderzającego o metal.

-Nareszcie – Ezio odetchnął z ulgą – Znalazłem warsztat kowala.

Wyminął kobietę niosącą dzban z wodą i szybkim krokiem zbliżył się do kuźni. Kiedy tam podszedł, zdjął kaptur, by nie zwracać na siebie uwagi i nie wyglądać podejrzanie. W tym samym momencie zauważył potężnie zbudowanego mężczyznę, kującego rozgrzane do czerwoności żelazo bez wyraźnego wysiłku. Patrzył przez chwilę na wąsatego olbrzyma z podziwem wymalowanym na twarzy, kiedy poczuł lekkie klepnięcie w plecy. Asasyn wzdrygnął się i odwrócił. Musiał spojrzeć w dół, by zobaczyć niewysokiego człowieczka ze świńskimi oczami i świdrującym, wnikliwym spojrzeniem, które zdawało się przewiercać na wylot. Ubrany był w bogate szaty, które na tak małym i chudym ciele wydawały się jakby odziedziczone po starszym bracie.  Na kościstych palcach miał liczne sygnety, wskazujące na wysoki stan społeczny. Ezio pomyślał, że powaliłby tego mikrusa jednym ciosem.

- Czego sobie życzysz, dostojny panie? – spytał człowieczek, kłaniając się tak nisko, że prawie dotknął nosem ziemi. – Nazywam się Pierro i jestem właścicielem tej kuźni. Zapewne wielmożny pan chciałby zakupić nowy miecz lub naprawić stary? Mam do sprzedania najlepsze szpady i rapiery w całej Wenecji. Wiele wysoko postawionych żołnierzy chwaliło moją broń – nawijał coraz szybciej mężczyzna, lustrując klienta bacznym spojrzeniem. – A może altezza wolałby nową zbroję? Zrobione przeze mnie napierśniki wychwalał sam doża Wenecji! Nigdzie nie znajdziesz, panie, lepszych wyrobów niż moje! – człowieczek rozłożył ręce, jakby chciał objąć ramionami swój warsztat – Z tego, co słyszałem, hełmy wykute w mojej kuźni mają  posłużyć do kostiumów na Carnevale! Prestiż mojego warsztatu wzrośnie jeszcze bardziej, co jest, moim zdaniem, niemożliwe! – Pierro puszył się jak paw, wychwalając swoje produkty.
Asasyn postanowił przerwać ten bezsensowny monolog i kiedy właściciel kuźni zaczął opowiadać o narzędziach, które jakoby sprzedawał na całą Italię, podniósł rękę, chcąc uciszyć zbyt gadatliwego sprzedawcę. Mężczyzna natychmiast umilkł, choć z ledwo ukrywaną niechęcią.

-Chcę jedynie kupić kilka noży do rzucania i naboi do pistoletu – powiedział Ezio, starając się mówić tak, by wyraźnie podkreślić, że nie kupi nic więcej. – Tylko szybko. Spieszy mi się.

Dostrzegł błysk zawodu i rozczarowania w świńskich oczkach Pierra, wbrew sobie ciesząc się tak, jakby odebrał małemu dziecku jakiś wyjątkowy smakołyk.

- Jak sobie życzysz, altezza – właściciel warsztatu skłonił się ponownie - tym razem nie tak nisko, jak poprzednio - i  zniknął za drzwiami sąsiedniego pomieszczenia. 

Wrócił po chwili, niosąc potrzebne Eziowi rzeczy. Asasyn wziął je z rąk niewysokiego mężczyzny, musząc niemalże się schylić, by ich dosięgnąć.

- Ile się należy? – spytał młodzieniec, sięgając do swojej sakiewki.

- Sto dziesięć florenów – odparł Pierro, wzdychając głośno.

Ezio zauważył, że właściciel kuźni jest jakby zgaszony, i pomyślał, że potraktował tego mężczyznę zbyt ostro i bezceremonialnie.

- Proszę, oto dwieście florenów – powiedział asasyn, wkładając w garść sprzedawcy zapłatę za usługę.

Pierro od razu poweselał, spojrzał na Ezia uśmiechając się, i pobiegł w stronę pomieszczenia z którego przyniósł noże i naboje, po czym zatrzasnął za sobą drzwi.

- Mógł chociaż podziękować – mruknął do siebie Ezio, marszcząc brwi.

Schował amunicję do swojego pasa, naciągnął kaptur i wyszedł z powrotem na ulicę. Postanowił, że do Palazzo Ducale dotrze pieszo, by nie przyciągać uwagi łuczników sprawujących wartę na dachach budynków. Ruszył więc dalej zatłoczonym deptakiem, kilka razy natykając się na grupki strażników. Ci nie zwracali na Ezia uwagi, jednak asasyn przeczuwał, że po wykonaniu jego misji się to rychło zmieni.
Szedł szybkim krokiem ponieważ wiedział, że w warsztacie kowalskim stracił zbyt wiele czasu, by pozwolić sobie na dodatkową zwłokę.
Skręcił w jedną z mniejszych uliczek, która, jak mniemał, skracała drogę do celu jego misji. Idąc wąskim przejściem, w pewnym momencie dostrzegł na brukowej uliczce cień i zatrzymał się. Eziowi przebiegło przez myśl, że cień był za duży jak na zwykłego gołębia lub innego miejskiego ptaka. Zaciekawiony, spojrzał w górę. Oślepiło go południowe słońce, zdążył jednak na jednym z czerwonych dachów zobaczyć coś, co asasynowi wydało się zakapturzoną postacią w białej szacie, znikającą właśnie z jego pola widzenia. Młodzieniec zmrużył oczy, by się lepiej przyjrzeć tej postaci, jednak już jej nie było.

-To pewnie słońce świeci tak mocno, że po prostu mi się przywidziało – próbował wytłumaczyć sobie całe zdarzenie Ezio.

Nie zobaczywszy nic więcej godnego uwagi, wzruszył ramionami i, starając się zapomnieć o całym zdarzeniu, podjął na nowo przerwany marsz. Tym razem bez przeszkód dotarł prosto na plac św. Marka, przy którym stał Palazzo Ducale.
Ezio rozejrzał się; próbował przypomnieć sobie wskazówki Antonia, mówiące, gdzie ma szukać swojego celu. Jego wzrok przebiegał po kamiennych lwach, domach bogatych mieszkańców tej dzielnicy Wenecji oraz po przylegających do tych budynków licznych uliczek. Jego spojrzenie zatrzymało się na tłumie zebranym przed pałacem– najwyraźniej wydarzyło się coś, co przykuło uwagę większości ludzi przebywających na placu. Ezio pomyślał, że los działa na jego korzyść – najwyraźniej wydarzenie zaciekawiło również strażników, którzy zeszli z przydzielonych im posterunków, by móc przyglądać się widowisku.
Asasyn przypomniał sobie to, co mówił mu przywódca Gildii Złodziei: „Idź prosto do bramy Porta della Carta. Poznasz ją po lwie św. Marka, który jest widoczny przed wejściem.”
Ezio zdecydowanym krokiem ruszył przez plac, nie oglądając się na tłum przed pałacem. Do jego uszu dotarły odgłosy walki.

-Muszę się pospieszyć – powiedział cicho i zwiększył tempo z jakim szedł.

Znikając w mrokach Porta della Carta, przygotował się do starcia, które, jak się domyślał, miało wkrótce nastąpić. Przeczucie go nie zmyliło. Kiedy tylko wszedł dalej w uliczkę, za jego plecami pojawiło się kilku podejrzanie wyglądających ludzi. Asasyn mniemał, że wynajął ich cel jego misji  – młody templariusz Bernardo, przywódca jednej z dwóch napaści na siedzibę Gildii Złodziei. Kiedy asasyn i Bernardo spotkali się wcześniej, członek zakonu templariuszy, wiedząc, jak małe ma szanse w  starciu w pojedynkę z Eziem, szybko ulotnił się z miejsca walki, zostawiając swoich ludzi bez dowódcy. Dzięki temu złodzieje odnieśli zwycięstwo, a asasyn zapragnął ponownie spotkać się z Bernardem i dać mu nauczkę za tak jawnie okazane tchórzostwo.
Ezio, widząc najemników domyślił się, że Bernardo musiał przez pewien czas zadowolić się wynajętymi wojownikami, ponieważ stracił zbyt wielu ludzi podczas ich ataku na Gildię. Pomyślał, że templariusz będzie potrzebował jeszcze wiele czasu, by na nowo stworzyć swoją małą armię, składającą się tylko z bezinteresownie lojalnych mu żołnierzy.

- O ile tego dożyje – mruknął Ezio pod nosem, uśmiechając się kpiąco.

Szedł dalej, nie spoglądając za siebie. Wytężył wzrok i dojrzał cel swojej misji, idący prosto w jego  stronę w towarzystwie kilku barczystych ochroniarzy. Wrogowie zbliżyli się do siebie.

- Bernardo – powiedział asasyn obojętnym tonem, jakby najzwyklej w świecie rozmawiał o pogodzie.

- We własnej osobie – na twarzy templariusza wykwitł bezczelny uśmieszek – Ty nigdy nie odpuszczasz, prawda?

- Nie mam w zwyczaju czynić inaczej – Ezio dumnie podniósł głowę, nie dając po sobie poznać, jaki niepokój wzbudziła w nim liczba przybywających wciąż wojowników.

- Cóż, dokonałeś więc wyboru. Moi ludzie rozprawią się z tobą w ciągu chwili. Oto miejsce, w którym zginiesz… asasynie – ostatnie słowo wypowiedział z niesmakiem, sprawiając wrażenie, że z trudem przeszło mu przez gardło.

- To się jeszcze okaże – odpowiedział ostro Ezio.

Błyskawicznie wysunął swoje ukryte ostrze i zaatakował. Pierwszy z żołnierzy ledwo zdążył się zorientować, a już ostrze asasyna przebiło mu wnętrzności. Drugi wpadł z impetem na Ezia, który zamachnął się swoją bronią i ciął atakującego w szyję. Wojownik padł, a z rany trysnęła fontanna krwi. Młodzieniec szybko odwrócił się. Kolejny z ludzi Bernarda zginął z krzykiem pod ciosem asasyna.

- Zabić go! – do uszu Ezia dotarł piskliwy rozkaz templariusza.

Ezio dostrzegł kątem oka zbliżających się ku niemu następnych najemników. Wyciągnął swój miecz i sparował cios jednego z nich, odrzucając go do tyłu. Żołnierz wpadł na swych kompanów, przewracając ich. Asasyn zbliżył się do niezdarnego mężczyzny i jednym precyzyjnym ruchem rozpłatał mu brzuch. Wojownik wił się w konwulsjach, przygniatając leżących pod nim powalonych towarzyszy. Ci zaczęli jęczeć, próbując się podnieść, jednak Ezio uciszył ich podcinając im gardła. Świeża krew polała się na stos ciał zabitych najemników.
Asasyn wyprostował się, widząc kolejne posiłki. Zaatakował z zaskoczenia, wbiegając prosto w ich szeregi. Ciął, parował, pchał… Jednak ludzi Bernarda wciąż przybywało. Ezio pomyślał z rozpaczą, że jest ich zbyt dużo.
Zaczął powoli opadać z sił pod naporem żołnierzy. Jeden z nich uderzył w kierunku Ezia swym szerokim mieczem tak mocno, że ten z najwyższym trudem sparował cios. Jego ruchy stawały się coraz powolniejsze, a pchnięcia mieczem mniej celne. Asasyn próbował wykonać kontrę na jednym z najemników, jednak działał zbyt wolno i mężczyzna zranił go głęboko w lewe ramię. Widok krwawiącego Ezia najwyraźniej poprawił samopoczucie żołnierzy i dodał im animuszu, ponieważ zaatakowali z nową zaciekłością. Ruszyli naprzód, ponawiając pchnięcia i robiąc szybkie wypady. Odparcie trzech zmasowanych ataków kosztowało asasyna kolejne rany; krwawił z nich obficie, kulał i zaczynał tracić oddech. Czuł, że w butach ma pełno krwi. Dłonie zrobiły mu się od niej śliskie. Wymachiwał na oślep mieczem, nie tyle broniąc się, ile raczej usiłując odegnać napastników. Jeden z nieprzyjaciół zbliżył się do Ezia. Ten odwrócił się ku niemu i krzycząc z wysiłku, parował ciosy, które zadawał najemnik. Ten odpowiadał na parady Ezia kolejnymi uderzeniami – jednym, drugim, trzecim – aż wreszcie znalazł lukę pod gardą asasyna i trafił go w bok. Głęboka cięta rana natychmiast zaczęła intensywnie krwawić. Ezio zachwiał się i wydał stłumiony okrzyk bólu. Przyszło mu do głowy, że lepiej zginąć w ten sposób, niż potulnie się poddać. Lepiej zginąć w walce.
Atakujący go żołnierz zadał straszliwy cios i powalił asasyna na ziemię. Tracił zbyt dużo krwi. Natychmiast otoczyli go ludzie Bernarda, a na ich czele stał templariusz – uśmiechający się od ucha do ucha z satysfakcją na twarzy.
Eziowi powoli robiło się ciemno przed oczami i ostatnim, co usłyszał, był głos Bernarda, który do asasyna docierał jakby z długiego korytarza.

- I tak oto kończy wielki asasyn! Zabierzcie go do wieży strażniczej! – templariusz wydał rozkaz swoim ludziom, ciesząc się niezmiernie.


I wtedy wszystko spowiło się czernią.


9 listopada 2013

Prolog

1483

Majestatyczny statek kołysał się niespokojnie na falach. Jego białe żagle prężyły się, wypełnianie wiatrem. Oddalony od lądu o zaledwie kilka mil, przedzierał się przez morze w kierunku wielkiego miasta.
Załoga krzątała się po pokładzie i pracowała przy takielunku, pokrzykując do siebie wzajemnie; każdy miał robotę do wykonania. Mimo to, niektórzy raz po raz rzucali ukradkowe spojrzenia w kierunku mężczyzny wyglądającego na około trzydzieści lat, opartego o prawą burtę statku.
Nikt tak naprawdę nie wiedział, kim on jest. Wiadomo było jedynie, że podróżuje już od dłuższego czasu. Przez większość dnia siedział w swojej kajucie, wychodząc na zewnątrz jedynie na chwilę, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Wybierał miejsce na pokładzie, gdzie stał przez pewien czas, wpatrując się w jakiś punkt na horyzoncie. Potem wracał do siebie, zamykając drzwi. To, co tam robił, pozostawało tajemnicą. Podobno wieczorami spod drzwi jego pokoju dobywało się nienaturalnie mocne, złote światło. Sprawiło ono, że zabobonni marynarze zachodzili w głowę, co to za człowiek? Cóż to za człowiek znalazł się pośród nich?
Towarzyszył im także i teraz, opierając się o reling. Opuścił kaptur swojej szaty, wystawiając swoją skórę o barwie kawy z mlekiem na smagnięcia mokrej bryzy. Ciemnobrązowe, niemalże czarne włosy rozwiewał wiatr. Patrzył w błękitne, pokryte falami morze. Jego twarz sprawiała wrażenie kamiennej maski – nie dało się z niej wyczytać, o czym myśli.
Po dłuższej chwili odsunął się od burty i zamaszystym krokiem przemierzył pokład, zmierzając do swojej kajuty. Kilku członków załogi pobladło, gdy ich mijał. A kiedy drzwi już się za nim zamknęły, uświadomili sobie, że do tej pory bezwiednie wstrzymywali oddech.


Godzinę później uwagę mężczyzny zwróciły odgłosy zamieszania dochodzące z góry. Usłyszał znajome bębnienie stóp o deski pokładu, które zwykle towarzyszy zbliżaniu się statku do lądu.
Wyszedł na pokład, rozglądając się. Tam, wzorem marynarzy, osłonił ręką oczy i przyglądał się nabrzeżu, na którym już zaczęli gromadzić się ludzie. Statek wchodził do portu, raźno przecinając spienione fale.
Mężczyzna wyprostował się i naciągnął kaptur.
Dotarł do kresu swojej podróży.
Był w Wenecji.
         ___________________________________________


Więc tak. To jest zupełnie nowy prolog, który bardziej pasował mi do historii i od razu "wprowadzał w klimat". Wiem, że raczej nie powinno się zmieniać już dodanych postów, jednak strasznie mnie korciło, by prolog akurat napisać od nowa. Co zresztą uczyniłam. Musicie mi wybaczyć.
Wszystkich odwiedzających mój blog serdecznie zapraszam do komentowania (rewanż, mam nadzieję, będzie). Od razu mówię, że bardzo dobrze znoszę krytykę, gdyż zależy mi na szczerych opiniach. Zawsze miło jest móc się poprawić.
Dziękuję moim przyjaciółkom, które namówiły mnie do założenia tej strony i mnie wspierają. Jesteście wspaniałe i nie zapominajcie o tym!