Na początku chcę podziękować moim przyjaciółkom za komentarze napisane pod prologiem. Dzięki za to, że mnie wspieracie i dajecie mi kopa w tyłek jak nie chce mi się pisać rozwiewacie nachodzące mnie od czasu do czasu wątpliwości <3 To dzięki Wam założyłam bloga i dałyście mi mega motywację do pisania dalszego ciągu. Więc dedykuję ten rozdział dla Was. Miłego czytania!
Evell
Ezio
„Ezio Auditore, od niedawna najbardziej znany i
najgroźniejszy morderca Italii, jest obecnie w naszym mieście! Uważajcie, gdzie
i kiedy chodzicie!” - uliczny herold praktycznie wykrzyczał to Eziowi prosto do
ucha.
Asasyn skrzywił się i podszedł do mężczyzny ubranego w brązowy strój i ostrzegającego ludzi przed domniemanym niebezpieczeństwem. Wyjął ze swojej zużytej sakiewki pięćset florenów i dyskretnie włożył w garść głośnego osobnika, szepcząc:
Asasyn skrzywił się i podszedł do mężczyzny ubranego w brązowy strój i ostrzegającego ludzi przed domniemanym niebezpieczeństwem. Wyjął ze swojej zużytej sakiewki pięćset florenów i dyskretnie włożył w garść głośnego osobnika, szepcząc:
-Właściwie to nazywam się Ezio Auditore da Firenze i nie
jestem mordercą, tylko asasynem. Świetnym asasynem. Nie zabijam niewinnych,
zrozumiałeś?
Herold przez chwilę wyglądał na zszokowanego, jednak
zatuszował to głośnym kaszlem. Pokiwał lekko głową na znak, że zrozumiał. Ezio
oddalił się w kierunku jednej z pobliskich uliczek, usłyszał jednak początek
kolejnego ostrzeżenia ze strony mężczyzny, który ponownie skierował swój głos
do tłumu przy moście: „Unikajcie spożywania ryb złowionych w miejskich
kanałach! Są one…”
Asasyn przewrócił oczami, znikając w cieniu ciemnego zaułku.
Po kilku krokach zdecydował, że wespnie się na jeden z domów, by z jego dachu lepiej przyjrzeć się okolicy. Rozejrzał się, by mieć pewność że nikt nie idzie. Jako że uliczka była raczej wąska i brudna, a rozświetlał ją jedynie blask samotnej latarni, nie było na niej żywej duszy. Ezio wybił się więc w górę i rozpoczął wspinaczkę. Piął się po budynku z łatwością, ponieważ kamienie, z których zbudowano ściany kamienicy były grubo ciosane i miały wiele miejsc, w których można było postawić stopy i oprzeć dłonie. Kiedy dotarł na górę, wyprostował się, zmrużył oczy i zaczął bacznie lustrować wzrokiem sąsiednie, połyskujące w słońcu dachy, a także gondole spokojnie przepływające po mętnych wodach Canale Grande. Stał tak chwilę rozmyślając, jak najszybciej dostać się do Palazzo Ducale. Był tak zadumany, że nie zauważył łucznika idącego w jego stronę. Mężczyzna, podchodząc bliżej, powiedział:
Asasyn przewrócił oczami, znikając w cieniu ciemnego zaułku.
Po kilku krokach zdecydował, że wespnie się na jeden z domów, by z jego dachu lepiej przyjrzeć się okolicy. Rozejrzał się, by mieć pewność że nikt nie idzie. Jako że uliczka była raczej wąska i brudna, a rozświetlał ją jedynie blask samotnej latarni, nie było na niej żywej duszy. Ezio wybił się więc w górę i rozpoczął wspinaczkę. Piął się po budynku z łatwością, ponieważ kamienie, z których zbudowano ściany kamienicy były grubo ciosane i miały wiele miejsc, w których można było postawić stopy i oprzeć dłonie. Kiedy dotarł na górę, wyprostował się, zmrużył oczy i zaczął bacznie lustrować wzrokiem sąsiednie, połyskujące w słońcu dachy, a także gondole spokojnie przepływające po mętnych wodach Canale Grande. Stał tak chwilę rozmyślając, jak najszybciej dostać się do Palazzo Ducale. Był tak zadumany, że nie zauważył łucznika idącego w jego stronę. Mężczyzna, podchodząc bliżej, powiedział:
-Messere, proszę o natychmiastowe zejście…
Asasyn odwrócił się,
a na jego widok mężczyzna zrobił wielkie oczy, gwałtownie wciągnął powietrze do
płuc i wykrzyknął: „Assassino!”. Ezio
zaklął cicho pod nosem. Szybko wysunął swoje ukryte ostrze i wbił precyzyjnym
ruchem w brzuch łucznika akurat w momencie, kiedy ten wołał, najprawdopodobniej
do swoich towarzyszy rozproszonych po innych dachach:
-Nie pozwólcie mu uciec! Ti arresto!
Ezio szybkim ruchem wyszarpnął
ostrze z wnętrzności mężczyzny, który po kilku sekundach oszołomienia zachwiał
się i opadł na czerwone dachówki. Ręką przykrywał zranione miejsce, odruchowo
próbując zatamować krew, która wypływała z rany. Zwijał się jeszcze przez
chwilę w agonii, a asasyn przyglądał się temu z kamienną twarzą i obojętnym
wzrokiem. W końcu łucznik skonał, a młodzieniec rozejrzał się dookoła, upewniając
się, czy przypadkiem ktoś niepożądany nie zauważył jego postępku. Miał
szczęście - najwyraźniej do nikogo nie dotarły krzyki martwego już mężczyzny.
-Czyżby doża Wenecji nie zatroszczył się o to, by jego
strażnicy byli przeszkoleni w walce z takimi niebezpiecznymi ludźmi jak ja? –
powiedział Ezio z arogancją w głosie – Jestem teraz prawie niemożliwy do
pokonania.
Uśmiechnął się do siebie, dumny z tego spostrzeżenia. Od
dawna uważał, że wojsko doży stało się leniwe i słabo wyszkolone, jednak
dopiero teraz zobaczył dowód na własne oczy. Wciąż się uśmiechając, zeskoczył z
wysokiego na piętnaście metrów dachu i wylądował prosto w wozie pełnym świeżo
skoszonego, pachnącego siana. Ostrożnie wyszedł ze stogu, strząsając z siebie
pozostałe źdźbła i szybko wmieszał się w
niewielką grupkę stojących koło siana kurtyzan odzianych w bogate stroje i
biżuterię. Upewniwszy się, że w pobliżu nie ma żadnych strażników, asasyn
wyszedł z ukrycia i, kłaniając się, powiedział na odchodnym:
- Dziękuję pięknym paniom za udzieloną mi pomoc.
Kurtyzany zachichotały, machając do Ezia zalotnie. Ten,
odwzajemniając gest, oddalił się kilka kroków i oparł się o ścianę jednego ze
sklepów marszanda. Przez chwilę przyglądał się ciekawie obrazom i mapom ze
skarbami, których w Wenecji podobno było mnóstwo. Stał tak przez chwilę,
zastanawiając się, czy nie warto byłoby zakupić jedną z map i poszukać ukrytych skrzyń.
- Nie - zganił się w duchu – Mam zadanie do wykonania i nie
mogę rozmyślać o skarbach, które prawdopodobnie nie istnieją. Mapy na pewno
rysował jakiś chciwiec, który miał nadzieję, że uda mu się na nie naciągnąć naiwnego
głupca. A głupcem nie jestem. – Ezio zmarszczył brwi - Straciłbym tylko czas i
pieniądze.
Asasyn przeciągnął się, naciągnął głębiej kaptur i postanowił sprawdzić, czy ma pełny zapas amunicji. Zakładał, że będzie mu ona niezbędna w powodzeniu jego misji. Sięgnął więc do pasa, by sprawdzić jej stan. Zauważył, że brakuje ma połowy noży do rzucania i naboi do ukrytego pistoletu.
- Merda! – mruknął
ze złością Ezio – Gdyby nie Rosa, uzupełniłbym to wcześniej, a teraz muszę znaleźć
najbliższego kowala. Zanim go odwiedzę i kupię potrzebne rzeczy, stracę dużo
czasu, a powodzenie mojej misji nie będzie już takie pewne. Jak ponownie się z
nią spotkam, powiem jej, że poważnie zagraża moim działaniom.
Wbrew sobie pomyślał o Rosie, członkini weneckiej Gildii Złodziei.
Pamiętał każdy detal jej twarzy: pełne, czerwone usta tak idealnie pasujące do
jego warg i odsłaniające szereg śnieżnobiałych zębów, kiedy się śmiała,
kasztanowe włosy, pachnące tak świeżo i miło oraz oczy - te brązowe,
inteligentne oczy, które każdego obrzucały szyderczym spojrzeniem. Rozmarzył
się chwilę nad tym, co wydarzyło się podczas ich ostatniego spotkania. Chętnie
by to powtórzył, jednak miał teraz inne zadanie do wykonania.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk lutni – to uliczny grajek chodził po szerokiej ulicy, zaczepiając grupki przechodniów i wygrywając im swoje ballady.
Ezio przypomniał sobie o brakach w amunicji, westchnął, odsuwając rozmyślania o Rosie na dalszy plan, i szybkim krokiem podszedł w stronę mężczyzny z lutnią. Sięgnął do sakiewki i wręczył mu kilka florenów. Bard uśmiechnął się z wdzięcznością, mówiąc:
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk lutni – to uliczny grajek chodził po szerokiej ulicy, zaczepiając grupki przechodniów i wygrywając im swoje ballady.
Ezio przypomniał sobie o brakach w amunicji, westchnął, odsuwając rozmyślania o Rosie na dalszy plan, i szybkim krokiem podszedł w stronę mężczyzny z lutnią. Sięgnął do sakiewki i wręczył mu kilka florenów. Bard uśmiechnął się z wdzięcznością, mówiąc:
-Grazie, signore.
Asasyn lekko kiwnął głową w jego stronę, ominął go i ruszył
dalej deptakiem. Szedł ulicą, omijając lub wtapiając się w grupki gawędzących
ze sobą mężczyzn i kobiety. Kilka razy niechcący potrącił ludzi niosących
skrzynie z różnymi towarami. Zaskoczeni tragarze upuszczali drewniane pudła, a
przedmioty się w nich znajdujące rozsypywały się po bruku. Ezio oddalał się
wtedy szybkim krokiem, by nie zwrócić uwagi strażników, jednak wściekli
przechodnie ciskali za nim przekleństwa i wyzwiska: „Bastardo! Stronzo! Birbante!” Wrzaski w końcu przykuwały uwagę
zbrojnych, jednak asasyn był już wtedy daleko od miejsca zdarzenia.
Szedł tak jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu usłyszał dźwięki młota uderzającego o metal.
Szedł tak jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu usłyszał dźwięki młota uderzającego o metal.
-Nareszcie – Ezio odetchnął z ulgą – Znalazłem warsztat
kowala.
Wyminął kobietę niosącą dzban z wodą i szybkim krokiem
zbliżył się do kuźni. Kiedy tam podszedł, zdjął kaptur, by nie zwracać na
siebie uwagi i nie wyglądać podejrzanie. W tym samym momencie zauważył potężnie
zbudowanego mężczyznę, kującego rozgrzane do czerwoności żelazo bez wyraźnego
wysiłku. Patrzył przez chwilę na wąsatego olbrzyma z podziwem wymalowanym na
twarzy, kiedy poczuł lekkie klepnięcie w plecy. Asasyn wzdrygnął się i
odwrócił. Musiał spojrzeć w dół, by zobaczyć niewysokiego człowieczka ze
świńskimi oczami i świdrującym, wnikliwym spojrzeniem, które zdawało się
przewiercać na wylot. Ubrany był w bogate szaty, które na tak małym i chudym
ciele wydawały się jakby odziedziczone po starszym bracie. Na kościstych palcach miał liczne sygnety,
wskazujące na wysoki stan społeczny. Ezio pomyślał, że powaliłby tego mikrusa
jednym ciosem.
- Czego sobie życzysz, dostojny panie? – spytał człowieczek,
kłaniając się tak nisko, że prawie dotknął nosem ziemi. – Nazywam się Pierro i
jestem właścicielem tej kuźni. Zapewne wielmożny pan chciałby zakupić nowy
miecz lub naprawić stary? Mam do sprzedania najlepsze szpady i rapiery w całej
Wenecji. Wiele wysoko postawionych żołnierzy chwaliło moją broń – nawijał coraz
szybciej mężczyzna, lustrując klienta bacznym spojrzeniem. – A może altezza wolałby nową zbroję? Zrobione
przeze mnie napierśniki wychwalał sam doża Wenecji! Nigdzie nie znajdziesz,
panie, lepszych wyrobów niż moje! – człowieczek rozłożył ręce, jakby chciał
objąć ramionami swój warsztat – Z tego, co słyszałem, hełmy wykute w mojej
kuźni mają posłużyć do kostiumów na Carnevale! Prestiż mojego warsztatu
wzrośnie jeszcze bardziej, co jest, moim zdaniem, niemożliwe! – Pierro puszył
się jak paw, wychwalając swoje produkty.
Asasyn postanowił przerwać ten bezsensowny monolog i kiedy
właściciel kuźni zaczął opowiadać o narzędziach, które jakoby sprzedawał na
całą Italię, podniósł rękę, chcąc uciszyć zbyt gadatliwego sprzedawcę.
Mężczyzna natychmiast umilkł, choć z ledwo ukrywaną niechęcią.
-Chcę jedynie kupić kilka noży do rzucania i naboi do
pistoletu – powiedział Ezio, starając się mówić tak, by wyraźnie podkreślić, że
nie kupi nic więcej. – Tylko szybko. Spieszy mi się.
Dostrzegł błysk zawodu i rozczarowania w świńskich oczkach
Pierra, wbrew sobie ciesząc się tak, jakby odebrał małemu dziecku jakiś
wyjątkowy smakołyk.
- Jak sobie życzysz, altezza
– właściciel warsztatu skłonił się ponownie - tym razem nie tak nisko, jak
poprzednio - i zniknął za drzwiami
sąsiedniego pomieszczenia.
Wrócił po chwili, niosąc potrzebne Eziowi rzeczy. Asasyn wziął je z rąk niewysokiego mężczyzny, musząc niemalże się schylić, by ich dosięgnąć.
- Ile się należy? – spytał młodzieniec, sięgając do swojej
sakiewki.
- Sto dziesięć florenów – odparł Pierro, wzdychając głośno.
Ezio zauważył, że właściciel kuźni jest jakby zgaszony, i
pomyślał, że potraktował tego mężczyznę zbyt ostro i bezceremonialnie.
- Proszę, oto dwieście florenów – powiedział asasyn,
wkładając w garść sprzedawcy zapłatę za usługę.
Pierro od razu poweselał, spojrzał na Ezia uśmiechając się,
i pobiegł w stronę pomieszczenia z którego przyniósł noże i naboje, po czym
zatrzasnął za sobą drzwi.
- Mógł chociaż podziękować – mruknął do siebie Ezio,
marszcząc brwi.
Schował amunicję do swojego pasa, naciągnął kaptur i wyszedł
z powrotem na ulicę. Postanowił, że do Palazzo
Ducale dotrze pieszo, by nie przyciągać uwagi łuczników sprawujących wartę
na dachach budynków. Ruszył więc dalej zatłoczonym deptakiem, kilka razy
natykając się na grupki strażników. Ci nie zwracali na Ezia uwagi, jednak
asasyn przeczuwał, że po wykonaniu jego misji się to rychło zmieni.
Szedł szybkim krokiem ponieważ wiedział, że w warsztacie kowalskim stracił zbyt wiele czasu, by pozwolić sobie na dodatkową zwłokę.
Skręcił w jedną z mniejszych uliczek, która, jak mniemał, skracała drogę do celu jego misji. Idąc wąskim przejściem, w pewnym momencie dostrzegł na brukowej uliczce cień i zatrzymał się. Eziowi przebiegło przez myśl, że cień był za duży jak na zwykłego gołębia lub innego miejskiego ptaka. Zaciekawiony, spojrzał w górę. Oślepiło go południowe słońce, zdążył jednak na jednym z czerwonych dachów zobaczyć coś, co asasynowi wydało się zakapturzoną postacią w białej szacie, znikającą właśnie z jego pola widzenia. Młodzieniec zmrużył oczy, by się lepiej przyjrzeć tej postaci, jednak już jej nie było.
Szedł szybkim krokiem ponieważ wiedział, że w warsztacie kowalskim stracił zbyt wiele czasu, by pozwolić sobie na dodatkową zwłokę.
Skręcił w jedną z mniejszych uliczek, która, jak mniemał, skracała drogę do celu jego misji. Idąc wąskim przejściem, w pewnym momencie dostrzegł na brukowej uliczce cień i zatrzymał się. Eziowi przebiegło przez myśl, że cień był za duży jak na zwykłego gołębia lub innego miejskiego ptaka. Zaciekawiony, spojrzał w górę. Oślepiło go południowe słońce, zdążył jednak na jednym z czerwonych dachów zobaczyć coś, co asasynowi wydało się zakapturzoną postacią w białej szacie, znikającą właśnie z jego pola widzenia. Młodzieniec zmrużył oczy, by się lepiej przyjrzeć tej postaci, jednak już jej nie było.
-To pewnie słońce świeci tak mocno, że po prostu mi się
przywidziało – próbował wytłumaczyć sobie całe zdarzenie Ezio.
Nie zobaczywszy nic więcej godnego uwagi, wzruszył ramionami
i, starając się zapomnieć o całym zdarzeniu, podjął na nowo przerwany marsz.
Tym razem bez przeszkód dotarł prosto na plac św. Marka, przy którym stał Palazzo Ducale.
Ezio rozejrzał się; próbował przypomnieć sobie wskazówki Antonia, mówiące, gdzie ma szukać swojego celu. Jego wzrok przebiegał po kamiennych lwach, domach bogatych mieszkańców tej dzielnicy Wenecji oraz po przylegających do tych budynków licznych uliczek. Jego spojrzenie zatrzymało się na tłumie zebranym przed pałacem– najwyraźniej wydarzyło się coś, co przykuło uwagę większości ludzi przebywających na placu. Ezio pomyślał, że los działa na jego korzyść – najwyraźniej wydarzenie zaciekawiło również strażników, którzy zeszli z przydzielonych im posterunków, by móc przyglądać się widowisku.
Asasyn przypomniał sobie to, co mówił mu przywódca Gildii Złodziei: „Idź prosto do bramy Porta della Carta. Poznasz ją po lwie św. Marka, który jest widoczny przed wejściem.”
Ezio zdecydowanym krokiem ruszył przez plac, nie oglądając się na tłum przed pałacem. Do jego uszu dotarły odgłosy walki.
Ezio rozejrzał się; próbował przypomnieć sobie wskazówki Antonia, mówiące, gdzie ma szukać swojego celu. Jego wzrok przebiegał po kamiennych lwach, domach bogatych mieszkańców tej dzielnicy Wenecji oraz po przylegających do tych budynków licznych uliczek. Jego spojrzenie zatrzymało się na tłumie zebranym przed pałacem– najwyraźniej wydarzyło się coś, co przykuło uwagę większości ludzi przebywających na placu. Ezio pomyślał, że los działa na jego korzyść – najwyraźniej wydarzenie zaciekawiło również strażników, którzy zeszli z przydzielonych im posterunków, by móc przyglądać się widowisku.
Asasyn przypomniał sobie to, co mówił mu przywódca Gildii Złodziei: „Idź prosto do bramy Porta della Carta. Poznasz ją po lwie św. Marka, który jest widoczny przed wejściem.”
Ezio zdecydowanym krokiem ruszył przez plac, nie oglądając się na tłum przed pałacem. Do jego uszu dotarły odgłosy walki.
-Muszę się pospieszyć – powiedział cicho i zwiększył tempo z
jakim szedł.
Znikając w mrokach Porta
della Carta, przygotował się do starcia, które, jak się domyślał, miało
wkrótce nastąpić. Przeczucie go nie zmyliło. Kiedy tylko wszedł dalej w
uliczkę, za jego plecami pojawiło się kilku podejrzanie wyglądających ludzi. Asasyn
mniemał, że wynajął ich cel jego misji –
młody templariusz Bernardo, przywódca jednej z dwóch napaści na siedzibę Gildii
Złodziei. Kiedy asasyn i Bernardo spotkali się wcześniej, członek zakonu
templariuszy, wiedząc, jak małe ma szanse w
starciu w pojedynkę z Eziem, szybko ulotnił się z miejsca walki,
zostawiając swoich ludzi bez dowódcy. Dzięki temu złodzieje odnieśli
zwycięstwo, a asasyn zapragnął ponownie spotkać się z Bernardem i dać mu
nauczkę za tak jawnie okazane tchórzostwo.
Ezio, widząc najemników domyślił się, że Bernardo musiał przez pewien czas zadowolić się wynajętymi wojownikami, ponieważ stracił zbyt wielu ludzi podczas ich ataku na Gildię. Pomyślał, że templariusz będzie potrzebował jeszcze wiele czasu, by na nowo stworzyć swoją małą armię, składającą się tylko z bezinteresownie lojalnych mu żołnierzy.
Ezio, widząc najemników domyślił się, że Bernardo musiał przez pewien czas zadowolić się wynajętymi wojownikami, ponieważ stracił zbyt wielu ludzi podczas ich ataku na Gildię. Pomyślał, że templariusz będzie potrzebował jeszcze wiele czasu, by na nowo stworzyć swoją małą armię, składającą się tylko z bezinteresownie lojalnych mu żołnierzy.
- O ile tego dożyje – mruknął Ezio pod nosem, uśmiechając
się kpiąco.
Szedł dalej, nie spoglądając za siebie. Wytężył wzrok i
dojrzał cel swojej misji, idący prosto w jego
stronę w towarzystwie kilku barczystych ochroniarzy. Wrogowie zbliżyli
się do siebie.
- Bernardo – powiedział asasyn obojętnym tonem, jakby
najzwyklej w świecie rozmawiał o pogodzie.
- We własnej osobie – na twarzy templariusza wykwitł
bezczelny uśmieszek – Ty nigdy nie odpuszczasz, prawda?
- Nie mam w zwyczaju czynić inaczej – Ezio dumnie podniósł
głowę, nie dając po sobie poznać, jaki niepokój wzbudziła w nim liczba
przybywających wciąż wojowników.
- Cóż, dokonałeś więc wyboru. Moi ludzie rozprawią się z
tobą w ciągu chwili. Oto miejsce, w którym zginiesz… asasynie – ostatnie słowo
wypowiedział z niesmakiem, sprawiając wrażenie, że z trudem przeszło mu przez
gardło.
- To się jeszcze okaże – odpowiedział ostro Ezio.
Błyskawicznie wysunął swoje ukryte ostrze i zaatakował.
Pierwszy z żołnierzy ledwo zdążył się zorientować, a już ostrze asasyna
przebiło mu wnętrzności. Drugi wpadł z impetem na Ezia, który zamachnął się
swoją bronią i ciął atakującego w szyję. Wojownik padł, a z rany trysnęła
fontanna krwi. Młodzieniec szybko odwrócił się. Kolejny z ludzi Bernarda zginął
z krzykiem pod ciosem asasyna.
- Zabić go! – do uszu Ezia dotarł piskliwy rozkaz
templariusza.
Ezio dostrzegł kątem oka zbliżających się ku niemu
następnych najemników. Wyciągnął swój miecz i sparował cios jednego z nich,
odrzucając go do tyłu. Żołnierz wpadł na swych kompanów, przewracając ich.
Asasyn zbliżył się do niezdarnego mężczyzny i jednym precyzyjnym ruchem
rozpłatał mu brzuch. Wojownik wił się w konwulsjach, przygniatając leżących pod
nim powalonych towarzyszy. Ci zaczęli jęczeć, próbując się podnieść, jednak
Ezio uciszył ich podcinając im gardła. Świeża krew polała się na stos ciał
zabitych najemników.
Asasyn wyprostował się, widząc kolejne posiłki. Zaatakował z zaskoczenia, wbiegając prosto w ich szeregi. Ciął, parował, pchał… Jednak ludzi Bernarda wciąż przybywało. Ezio pomyślał z rozpaczą, że jest ich zbyt dużo.
Zaczął powoli opadać z sił pod naporem żołnierzy. Jeden z nich uderzył w kierunku Ezia swym szerokim mieczem tak mocno, że ten z najwyższym trudem sparował cios. Jego ruchy stawały się coraz powolniejsze, a pchnięcia mieczem mniej celne. Asasyn próbował wykonać kontrę na jednym z najemników, jednak działał zbyt wolno i mężczyzna zranił go głęboko w lewe ramię. Widok krwawiącego Ezia najwyraźniej poprawił samopoczucie żołnierzy i dodał im animuszu, ponieważ zaatakowali z nową zaciekłością. Ruszyli naprzód, ponawiając pchnięcia i robiąc szybkie wypady. Odparcie trzech zmasowanych ataków kosztowało asasyna kolejne rany; krwawił z nich obficie, kulał i zaczynał tracić oddech. Czuł, że w butach ma pełno krwi. Dłonie zrobiły mu się od niej śliskie. Wymachiwał na oślep mieczem, nie tyle broniąc się, ile raczej usiłując odegnać napastników. Jeden z nieprzyjaciół zbliżył się do Ezia. Ten odwrócił się ku niemu i krzycząc z wysiłku, parował ciosy, które zadawał najemnik. Ten odpowiadał na parady Ezia kolejnymi uderzeniami – jednym, drugim, trzecim – aż wreszcie znalazł lukę pod gardą asasyna i trafił go w bok. Głęboka cięta rana natychmiast zaczęła intensywnie krwawić. Ezio zachwiał się i wydał stłumiony okrzyk bólu. Przyszło mu do głowy, że lepiej zginąć w ten sposób, niż potulnie się poddać. Lepiej zginąć w walce.
Atakujący go żołnierz zadał straszliwy cios i powalił asasyna na ziemię. Tracił zbyt dużo krwi. Natychmiast otoczyli go ludzie Bernarda, a na ich czele stał templariusz – uśmiechający się od ucha do ucha z satysfakcją na twarzy.
Eziowi powoli robiło się ciemno przed oczami i ostatnim, co usłyszał, był głos Bernarda, który do asasyna docierał jakby z długiego korytarza.
Asasyn wyprostował się, widząc kolejne posiłki. Zaatakował z zaskoczenia, wbiegając prosto w ich szeregi. Ciął, parował, pchał… Jednak ludzi Bernarda wciąż przybywało. Ezio pomyślał z rozpaczą, że jest ich zbyt dużo.
Zaczął powoli opadać z sił pod naporem żołnierzy. Jeden z nich uderzył w kierunku Ezia swym szerokim mieczem tak mocno, że ten z najwyższym trudem sparował cios. Jego ruchy stawały się coraz powolniejsze, a pchnięcia mieczem mniej celne. Asasyn próbował wykonać kontrę na jednym z najemników, jednak działał zbyt wolno i mężczyzna zranił go głęboko w lewe ramię. Widok krwawiącego Ezia najwyraźniej poprawił samopoczucie żołnierzy i dodał im animuszu, ponieważ zaatakowali z nową zaciekłością. Ruszyli naprzód, ponawiając pchnięcia i robiąc szybkie wypady. Odparcie trzech zmasowanych ataków kosztowało asasyna kolejne rany; krwawił z nich obficie, kulał i zaczynał tracić oddech. Czuł, że w butach ma pełno krwi. Dłonie zrobiły mu się od niej śliskie. Wymachiwał na oślep mieczem, nie tyle broniąc się, ile raczej usiłując odegnać napastników. Jeden z nieprzyjaciół zbliżył się do Ezia. Ten odwrócił się ku niemu i krzycząc z wysiłku, parował ciosy, które zadawał najemnik. Ten odpowiadał na parady Ezia kolejnymi uderzeniami – jednym, drugim, trzecim – aż wreszcie znalazł lukę pod gardą asasyna i trafił go w bok. Głęboka cięta rana natychmiast zaczęła intensywnie krwawić. Ezio zachwiał się i wydał stłumiony okrzyk bólu. Przyszło mu do głowy, że lepiej zginąć w ten sposób, niż potulnie się poddać. Lepiej zginąć w walce.
Atakujący go żołnierz zadał straszliwy cios i powalił asasyna na ziemię. Tracił zbyt dużo krwi. Natychmiast otoczyli go ludzie Bernarda, a na ich czele stał templariusz – uśmiechający się od ucha do ucha z satysfakcją na twarzy.
Eziowi powoli robiło się ciemno przed oczami i ostatnim, co usłyszał, był głos Bernarda, który do asasyna docierał jakby z długiego korytarza.
- I tak oto kończy wielki asasyn! Zabierzcie go do wieży
strażniczej! – templariusz wydał rozkaz swoim ludziom, ciesząc się niezmiernie.
I wtedy wszystko spowiło się czernią.