12 listopada 2013

Rozdział I

Na początku chcę podziękować moim przyjaciółkom za komentarze napisane pod prologiem. Dzięki za to, że mnie wspieracie i dajecie mi kopa w tyłek jak nie chce mi się pisać rozwiewacie nachodzące mnie od czasu do czasu wątpliwości <3 To dzięki Wam założyłam bloga i dałyście mi mega motywację do pisania dalszego ciągu. Więc dedykuję ten rozdział dla Was. Miłego czytania!
Evell


Ezio

„Ezio Auditore, od niedawna najbardziej znany i najgroźniejszy morderca Italii, jest obecnie w naszym mieście! Uważajcie, gdzie i kiedy chodzicie!” - uliczny herold praktycznie wykrzyczał to Eziowi prosto do ucha.
Asasyn skrzywił się i podszedł do mężczyzny ubranego w brązowy strój i ostrzegającego ludzi przed domniemanym niebezpieczeństwem. Wyjął ze swojej zużytej sakiewki pięćset florenów i dyskretnie włożył w garść głośnego osobnika, szepcząc:

-Właściwie to nazywam się Ezio Auditore da Firenze i nie jestem mordercą, tylko asasynem. Świetnym asasynem. Nie zabijam niewinnych, zrozumiałeś?

Herold przez chwilę wyglądał na zszokowanego, jednak zatuszował to głośnym kaszlem. Pokiwał lekko głową na znak, że zrozumiał. Ezio oddalił się w kierunku jednej z pobliskich uliczek, usłyszał jednak początek kolejnego ostrzeżenia ze strony mężczyzny, który ponownie skierował swój głos do tłumu przy moście: „Unikajcie spożywania ryb złowionych w miejskich kanałach! Są one…”
Asasyn przewrócił oczami, znikając w cieniu ciemnego zaułku.
Po kilku krokach zdecydował, że wespnie się na jeden z domów, by z jego dachu lepiej przyjrzeć się okolicy. Rozejrzał się, by mieć pewność że nikt nie idzie. Jako że uliczka była raczej wąska i brudna, a rozświetlał ją jedynie blask samotnej latarni, nie było na niej żywej duszy. Ezio wybił się więc w górę i rozpoczął wspinaczkę. Piął się po budynku z łatwością, ponieważ kamienie, z których zbudowano ściany kamienicy były grubo ciosane i miały wiele miejsc, w których można było postawić stopy i oprzeć dłonie. Kiedy dotarł na górę, wyprostował się, zmrużył oczy i zaczął bacznie lustrować wzrokiem sąsiednie, połyskujące w słońcu dachy, a także gondole spokojnie przepływające po mętnych wodach Canale Grande. Stał tak chwilę rozmyślając, jak najszybciej dostać się do Palazzo Ducale. Był tak zadumany, że nie zauważył łucznika idącego w jego stronę. Mężczyzna, podchodząc bliżej, powiedział:

-Messere, proszę o natychmiastowe zejście…

 Asasyn odwrócił się, a na jego widok mężczyzna zrobił wielkie oczy, gwałtownie wciągnął powietrze do płuc i wykrzyknął: „Assassino!”. Ezio zaklął cicho pod nosem. Szybko wysunął swoje ukryte ostrze i wbił precyzyjnym ruchem w brzuch łucznika akurat w momencie, kiedy ten wołał, najprawdopodobniej do swoich towarzyszy rozproszonych po innych dachach:

-Nie pozwólcie mu uciec! Ti arresto!

 Ezio szybkim ruchem wyszarpnął ostrze z wnętrzności mężczyzny, który po kilku sekundach oszołomienia zachwiał się i opadł na czerwone dachówki. Ręką przykrywał zranione miejsce, odruchowo próbując zatamować krew, która wypływała z rany. Zwijał się jeszcze przez chwilę w agonii, a asasyn przyglądał się temu z kamienną twarzą i obojętnym wzrokiem. W końcu łucznik skonał, a młodzieniec rozejrzał się dookoła, upewniając się, czy przypadkiem ktoś niepożądany nie zauważył jego postępku. Miał szczęście - najwyraźniej do nikogo nie dotarły krzyki martwego już mężczyzny.

-Czyżby doża Wenecji nie zatroszczył się o to, by jego strażnicy byli przeszkoleni w walce z takimi niebezpiecznymi ludźmi jak ja? – powiedział Ezio z arogancją w głosie – Jestem teraz prawie niemożliwy do pokonania.

Uśmiechnął się do siebie, dumny z tego spostrzeżenia. Od dawna uważał, że wojsko doży stało się leniwe i słabo wyszkolone, jednak dopiero teraz zobaczył dowód na własne oczy. Wciąż się uśmiechając, zeskoczył z wysokiego na piętnaście metrów dachu i wylądował prosto w wozie pełnym świeżo skoszonego, pachnącego siana. Ostrożnie wyszedł ze stogu, strząsając z siebie pozostałe źdźbła i  szybko wmieszał się w niewielką grupkę stojących koło siana kurtyzan odzianych w bogate stroje i biżuterię. Upewniwszy się, że w pobliżu nie ma żadnych strażników, asasyn wyszedł z ukrycia i, kłaniając się, powiedział na odchodnym:

- Dziękuję pięknym paniom za udzieloną mi pomoc.

Kurtyzany zachichotały, machając do Ezia zalotnie. Ten, odwzajemniając gest, oddalił się kilka kroków i oparł się o ścianę jednego ze sklepów marszanda. Przez chwilę przyglądał się ciekawie obrazom i mapom ze skarbami, których w Wenecji podobno było mnóstwo. Stał tak przez chwilę, zastanawiając się, czy nie warto byłoby zakupić jedną z map i  poszukać ukrytych skrzyń.

- Nie - zganił się w duchu – Mam zadanie do wykonania i nie mogę rozmyślać o skarbach, które prawdopodobnie nie istnieją. Mapy na pewno rysował jakiś chciwiec, który miał nadzieję, że uda mu się na nie naciągnąć naiwnego głupca. A głupcem nie jestem. – Ezio zmarszczył brwi - Straciłbym tylko czas i pieniądze.

Asasyn przeciągnął się, naciągnął głębiej kaptur i postanowił sprawdzić, czy ma pełny zapas amunicji. Zakładał, że będzie mu ona niezbędna w powodzeniu jego misji. Sięgnął więc do pasa, by sprawdzić jej stan. Zauważył, że brakuje ma połowy noży do rzucania i naboi do ukrytego pistoletu.

- Merda! – mruknął ze złością Ezio – Gdyby nie Rosa, uzupełniłbym to wcześniej, a teraz muszę znaleźć najbliższego kowala. Zanim go odwiedzę i kupię potrzebne rzeczy, stracę dużo czasu, a powodzenie mojej misji nie będzie już takie pewne. Jak ponownie się z nią spotkam, powiem jej, że poważnie zagraża moim działaniom.

Wbrew sobie pomyślał o Rosie, członkini weneckiej Gildii Złodziei. Pamiętał każdy detal jej twarzy: pełne, czerwone usta tak idealnie pasujące do jego warg i odsłaniające szereg śnieżnobiałych zębów, kiedy się śmiała, kasztanowe włosy, pachnące tak świeżo i miło oraz oczy - te brązowe, inteligentne oczy, które każdego obrzucały szyderczym spojrzeniem. Rozmarzył się chwilę nad tym, co wydarzyło się podczas ich ostatniego spotkania. Chętnie by to powtórzył, jednak miał teraz inne zadanie do wykonania.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk lutni – to uliczny grajek chodził po szerokiej ulicy, zaczepiając grupki przechodniów i wygrywając im swoje ballady.
Ezio przypomniał sobie o brakach w amunicji, westchnął, odsuwając rozmyślania o Rosie na dalszy plan, i szybkim krokiem podszedł w stronę mężczyzny z lutnią. Sięgnął do sakiewki i wręczył mu kilka florenów. Bard uśmiechnął się z wdzięcznością, mówiąc:

-Grazie, signore.

Asasyn lekko kiwnął głową w jego stronę, ominął go i ruszył dalej deptakiem. Szedł ulicą, omijając lub wtapiając się w grupki gawędzących ze sobą mężczyzn i kobiety. Kilka razy niechcący potrącił ludzi niosących skrzynie z różnymi towarami. Zaskoczeni tragarze upuszczali drewniane pudła, a przedmioty się w nich znajdujące rozsypywały się po bruku. Ezio oddalał się wtedy szybkim krokiem, by nie zwrócić uwagi strażników, jednak wściekli przechodnie ciskali za nim przekleństwa i wyzwiska: „Bastardo! Stronzo! Birbante!” Wrzaski w końcu przykuwały uwagę zbrojnych, jednak asasyn był już wtedy daleko od miejsca zdarzenia.
Szedł tak jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu usłyszał dźwięki młota uderzającego o metal.

-Nareszcie – Ezio odetchnął z ulgą – Znalazłem warsztat kowala.

Wyminął kobietę niosącą dzban z wodą i szybkim krokiem zbliżył się do kuźni. Kiedy tam podszedł, zdjął kaptur, by nie zwracać na siebie uwagi i nie wyglądać podejrzanie. W tym samym momencie zauważył potężnie zbudowanego mężczyznę, kującego rozgrzane do czerwoności żelazo bez wyraźnego wysiłku. Patrzył przez chwilę na wąsatego olbrzyma z podziwem wymalowanym na twarzy, kiedy poczuł lekkie klepnięcie w plecy. Asasyn wzdrygnął się i odwrócił. Musiał spojrzeć w dół, by zobaczyć niewysokiego człowieczka ze świńskimi oczami i świdrującym, wnikliwym spojrzeniem, które zdawało się przewiercać na wylot. Ubrany był w bogate szaty, które na tak małym i chudym ciele wydawały się jakby odziedziczone po starszym bracie.  Na kościstych palcach miał liczne sygnety, wskazujące na wysoki stan społeczny. Ezio pomyślał, że powaliłby tego mikrusa jednym ciosem.

- Czego sobie życzysz, dostojny panie? – spytał człowieczek, kłaniając się tak nisko, że prawie dotknął nosem ziemi. – Nazywam się Pierro i jestem właścicielem tej kuźni. Zapewne wielmożny pan chciałby zakupić nowy miecz lub naprawić stary? Mam do sprzedania najlepsze szpady i rapiery w całej Wenecji. Wiele wysoko postawionych żołnierzy chwaliło moją broń – nawijał coraz szybciej mężczyzna, lustrując klienta bacznym spojrzeniem. – A może altezza wolałby nową zbroję? Zrobione przeze mnie napierśniki wychwalał sam doża Wenecji! Nigdzie nie znajdziesz, panie, lepszych wyrobów niż moje! – człowieczek rozłożył ręce, jakby chciał objąć ramionami swój warsztat – Z tego, co słyszałem, hełmy wykute w mojej kuźni mają  posłużyć do kostiumów na Carnevale! Prestiż mojego warsztatu wzrośnie jeszcze bardziej, co jest, moim zdaniem, niemożliwe! – Pierro puszył się jak paw, wychwalając swoje produkty.
Asasyn postanowił przerwać ten bezsensowny monolog i kiedy właściciel kuźni zaczął opowiadać o narzędziach, które jakoby sprzedawał na całą Italię, podniósł rękę, chcąc uciszyć zbyt gadatliwego sprzedawcę. Mężczyzna natychmiast umilkł, choć z ledwo ukrywaną niechęcią.

-Chcę jedynie kupić kilka noży do rzucania i naboi do pistoletu – powiedział Ezio, starając się mówić tak, by wyraźnie podkreślić, że nie kupi nic więcej. – Tylko szybko. Spieszy mi się.

Dostrzegł błysk zawodu i rozczarowania w świńskich oczkach Pierra, wbrew sobie ciesząc się tak, jakby odebrał małemu dziecku jakiś wyjątkowy smakołyk.

- Jak sobie życzysz, altezza – właściciel warsztatu skłonił się ponownie - tym razem nie tak nisko, jak poprzednio - i  zniknął za drzwiami sąsiedniego pomieszczenia. 

Wrócił po chwili, niosąc potrzebne Eziowi rzeczy. Asasyn wziął je z rąk niewysokiego mężczyzny, musząc niemalże się schylić, by ich dosięgnąć.

- Ile się należy? – spytał młodzieniec, sięgając do swojej sakiewki.

- Sto dziesięć florenów – odparł Pierro, wzdychając głośno.

Ezio zauważył, że właściciel kuźni jest jakby zgaszony, i pomyślał, że potraktował tego mężczyznę zbyt ostro i bezceremonialnie.

- Proszę, oto dwieście florenów – powiedział asasyn, wkładając w garść sprzedawcy zapłatę za usługę.

Pierro od razu poweselał, spojrzał na Ezia uśmiechając się, i pobiegł w stronę pomieszczenia z którego przyniósł noże i naboje, po czym zatrzasnął za sobą drzwi.

- Mógł chociaż podziękować – mruknął do siebie Ezio, marszcząc brwi.

Schował amunicję do swojego pasa, naciągnął kaptur i wyszedł z powrotem na ulicę. Postanowił, że do Palazzo Ducale dotrze pieszo, by nie przyciągać uwagi łuczników sprawujących wartę na dachach budynków. Ruszył więc dalej zatłoczonym deptakiem, kilka razy natykając się na grupki strażników. Ci nie zwracali na Ezia uwagi, jednak asasyn przeczuwał, że po wykonaniu jego misji się to rychło zmieni.
Szedł szybkim krokiem ponieważ wiedział, że w warsztacie kowalskim stracił zbyt wiele czasu, by pozwolić sobie na dodatkową zwłokę.
Skręcił w jedną z mniejszych uliczek, która, jak mniemał, skracała drogę do celu jego misji. Idąc wąskim przejściem, w pewnym momencie dostrzegł na brukowej uliczce cień i zatrzymał się. Eziowi przebiegło przez myśl, że cień był za duży jak na zwykłego gołębia lub innego miejskiego ptaka. Zaciekawiony, spojrzał w górę. Oślepiło go południowe słońce, zdążył jednak na jednym z czerwonych dachów zobaczyć coś, co asasynowi wydało się zakapturzoną postacią w białej szacie, znikającą właśnie z jego pola widzenia. Młodzieniec zmrużył oczy, by się lepiej przyjrzeć tej postaci, jednak już jej nie było.

-To pewnie słońce świeci tak mocno, że po prostu mi się przywidziało – próbował wytłumaczyć sobie całe zdarzenie Ezio.

Nie zobaczywszy nic więcej godnego uwagi, wzruszył ramionami i, starając się zapomnieć o całym zdarzeniu, podjął na nowo przerwany marsz. Tym razem bez przeszkód dotarł prosto na plac św. Marka, przy którym stał Palazzo Ducale.
Ezio rozejrzał się; próbował przypomnieć sobie wskazówki Antonia, mówiące, gdzie ma szukać swojego celu. Jego wzrok przebiegał po kamiennych lwach, domach bogatych mieszkańców tej dzielnicy Wenecji oraz po przylegających do tych budynków licznych uliczek. Jego spojrzenie zatrzymało się na tłumie zebranym przed pałacem– najwyraźniej wydarzyło się coś, co przykuło uwagę większości ludzi przebywających na placu. Ezio pomyślał, że los działa na jego korzyść – najwyraźniej wydarzenie zaciekawiło również strażników, którzy zeszli z przydzielonych im posterunków, by móc przyglądać się widowisku.
Asasyn przypomniał sobie to, co mówił mu przywódca Gildii Złodziei: „Idź prosto do bramy Porta della Carta. Poznasz ją po lwie św. Marka, który jest widoczny przed wejściem.”
Ezio zdecydowanym krokiem ruszył przez plac, nie oglądając się na tłum przed pałacem. Do jego uszu dotarły odgłosy walki.

-Muszę się pospieszyć – powiedział cicho i zwiększył tempo z jakim szedł.

Znikając w mrokach Porta della Carta, przygotował się do starcia, które, jak się domyślał, miało wkrótce nastąpić. Przeczucie go nie zmyliło. Kiedy tylko wszedł dalej w uliczkę, za jego plecami pojawiło się kilku podejrzanie wyglądających ludzi. Asasyn mniemał, że wynajął ich cel jego misji  – młody templariusz Bernardo, przywódca jednej z dwóch napaści na siedzibę Gildii Złodziei. Kiedy asasyn i Bernardo spotkali się wcześniej, członek zakonu templariuszy, wiedząc, jak małe ma szanse w  starciu w pojedynkę z Eziem, szybko ulotnił się z miejsca walki, zostawiając swoich ludzi bez dowódcy. Dzięki temu złodzieje odnieśli zwycięstwo, a asasyn zapragnął ponownie spotkać się z Bernardem i dać mu nauczkę za tak jawnie okazane tchórzostwo.
Ezio, widząc najemników domyślił się, że Bernardo musiał przez pewien czas zadowolić się wynajętymi wojownikami, ponieważ stracił zbyt wielu ludzi podczas ich ataku na Gildię. Pomyślał, że templariusz będzie potrzebował jeszcze wiele czasu, by na nowo stworzyć swoją małą armię, składającą się tylko z bezinteresownie lojalnych mu żołnierzy.

- O ile tego dożyje – mruknął Ezio pod nosem, uśmiechając się kpiąco.

Szedł dalej, nie spoglądając za siebie. Wytężył wzrok i dojrzał cel swojej misji, idący prosto w jego  stronę w towarzystwie kilku barczystych ochroniarzy. Wrogowie zbliżyli się do siebie.

- Bernardo – powiedział asasyn obojętnym tonem, jakby najzwyklej w świecie rozmawiał o pogodzie.

- We własnej osobie – na twarzy templariusza wykwitł bezczelny uśmieszek – Ty nigdy nie odpuszczasz, prawda?

- Nie mam w zwyczaju czynić inaczej – Ezio dumnie podniósł głowę, nie dając po sobie poznać, jaki niepokój wzbudziła w nim liczba przybywających wciąż wojowników.

- Cóż, dokonałeś więc wyboru. Moi ludzie rozprawią się z tobą w ciągu chwili. Oto miejsce, w którym zginiesz… asasynie – ostatnie słowo wypowiedział z niesmakiem, sprawiając wrażenie, że z trudem przeszło mu przez gardło.

- To się jeszcze okaże – odpowiedział ostro Ezio.

Błyskawicznie wysunął swoje ukryte ostrze i zaatakował. Pierwszy z żołnierzy ledwo zdążył się zorientować, a już ostrze asasyna przebiło mu wnętrzności. Drugi wpadł z impetem na Ezia, który zamachnął się swoją bronią i ciął atakującego w szyję. Wojownik padł, a z rany trysnęła fontanna krwi. Młodzieniec szybko odwrócił się. Kolejny z ludzi Bernarda zginął z krzykiem pod ciosem asasyna.

- Zabić go! – do uszu Ezia dotarł piskliwy rozkaz templariusza.

Ezio dostrzegł kątem oka zbliżających się ku niemu następnych najemników. Wyciągnął swój miecz i sparował cios jednego z nich, odrzucając go do tyłu. Żołnierz wpadł na swych kompanów, przewracając ich. Asasyn zbliżył się do niezdarnego mężczyzny i jednym precyzyjnym ruchem rozpłatał mu brzuch. Wojownik wił się w konwulsjach, przygniatając leżących pod nim powalonych towarzyszy. Ci zaczęli jęczeć, próbując się podnieść, jednak Ezio uciszył ich podcinając im gardła. Świeża krew polała się na stos ciał zabitych najemników.
Asasyn wyprostował się, widząc kolejne posiłki. Zaatakował z zaskoczenia, wbiegając prosto w ich szeregi. Ciął, parował, pchał… Jednak ludzi Bernarda wciąż przybywało. Ezio pomyślał z rozpaczą, że jest ich zbyt dużo.
Zaczął powoli opadać z sił pod naporem żołnierzy. Jeden z nich uderzył w kierunku Ezia swym szerokim mieczem tak mocno, że ten z najwyższym trudem sparował cios. Jego ruchy stawały się coraz powolniejsze, a pchnięcia mieczem mniej celne. Asasyn próbował wykonać kontrę na jednym z najemników, jednak działał zbyt wolno i mężczyzna zranił go głęboko w lewe ramię. Widok krwawiącego Ezia najwyraźniej poprawił samopoczucie żołnierzy i dodał im animuszu, ponieważ zaatakowali z nową zaciekłością. Ruszyli naprzód, ponawiając pchnięcia i robiąc szybkie wypady. Odparcie trzech zmasowanych ataków kosztowało asasyna kolejne rany; krwawił z nich obficie, kulał i zaczynał tracić oddech. Czuł, że w butach ma pełno krwi. Dłonie zrobiły mu się od niej śliskie. Wymachiwał na oślep mieczem, nie tyle broniąc się, ile raczej usiłując odegnać napastników. Jeden z nieprzyjaciół zbliżył się do Ezia. Ten odwrócił się ku niemu i krzycząc z wysiłku, parował ciosy, które zadawał najemnik. Ten odpowiadał na parady Ezia kolejnymi uderzeniami – jednym, drugim, trzecim – aż wreszcie znalazł lukę pod gardą asasyna i trafił go w bok. Głęboka cięta rana natychmiast zaczęła intensywnie krwawić. Ezio zachwiał się i wydał stłumiony okrzyk bólu. Przyszło mu do głowy, że lepiej zginąć w ten sposób, niż potulnie się poddać. Lepiej zginąć w walce.
Atakujący go żołnierz zadał straszliwy cios i powalił asasyna na ziemię. Tracił zbyt dużo krwi. Natychmiast otoczyli go ludzie Bernarda, a na ich czele stał templariusz – uśmiechający się od ucha do ucha z satysfakcją na twarzy.
Eziowi powoli robiło się ciemno przed oczami i ostatnim, co usłyszał, był głos Bernarda, który do asasyna docierał jakby z długiego korytarza.

- I tak oto kończy wielki asasyn! Zabierzcie go do wieży strażniczej! – templariusz wydał rozkaz swoim ludziom, ciesząc się niezmiernie.


I wtedy wszystko spowiło się czernią.


9 listopada 2013

Prolog

1483

Majestatyczny statek kołysał się niespokojnie na falach. Jego białe żagle prężyły się, wypełnianie wiatrem. Oddalony od lądu o zaledwie kilka mil, przedzierał się przez morze w kierunku wielkiego miasta.
Załoga krzątała się po pokładzie i pracowała przy takielunku, pokrzykując do siebie wzajemnie; każdy miał robotę do wykonania. Mimo to, niektórzy raz po raz rzucali ukradkowe spojrzenia w kierunku mężczyzny wyglądającego na około trzydzieści lat, opartego o prawą burtę statku.
Nikt tak naprawdę nie wiedział, kim on jest. Wiadomo było jedynie, że podróżuje już od dłuższego czasu. Przez większość dnia siedział w swojej kajucie, wychodząc na zewnątrz jedynie na chwilę, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Wybierał miejsce na pokładzie, gdzie stał przez pewien czas, wpatrując się w jakiś punkt na horyzoncie. Potem wracał do siebie, zamykając drzwi. To, co tam robił, pozostawało tajemnicą. Podobno wieczorami spod drzwi jego pokoju dobywało się nienaturalnie mocne, złote światło. Sprawiło ono, że zabobonni marynarze zachodzili w głowę, co to za człowiek? Cóż to za człowiek znalazł się pośród nich?
Towarzyszył im także i teraz, opierając się o reling. Opuścił kaptur swojej szaty, wystawiając swoją skórę o barwie kawy z mlekiem na smagnięcia mokrej bryzy. Ciemnobrązowe, niemalże czarne włosy rozwiewał wiatr. Patrzył w błękitne, pokryte falami morze. Jego twarz sprawiała wrażenie kamiennej maski – nie dało się z niej wyczytać, o czym myśli.
Po dłuższej chwili odsunął się od burty i zamaszystym krokiem przemierzył pokład, zmierzając do swojej kajuty. Kilku członków załogi pobladło, gdy ich mijał. A kiedy drzwi już się za nim zamknęły, uświadomili sobie, że do tej pory bezwiednie wstrzymywali oddech.


Godzinę później uwagę mężczyzny zwróciły odgłosy zamieszania dochodzące z góry. Usłyszał znajome bębnienie stóp o deski pokładu, które zwykle towarzyszy zbliżaniu się statku do lądu.
Wyszedł na pokład, rozglądając się. Tam, wzorem marynarzy, osłonił ręką oczy i przyglądał się nabrzeżu, na którym już zaczęli gromadzić się ludzie. Statek wchodził do portu, raźno przecinając spienione fale.
Mężczyzna wyprostował się i naciągnął kaptur.
Dotarł do kresu swojej podróży.
Był w Wenecji.
         ___________________________________________


Więc tak. To jest zupełnie nowy prolog, który bardziej pasował mi do historii i od razu "wprowadzał w klimat". Wiem, że raczej nie powinno się zmieniać już dodanych postów, jednak strasznie mnie korciło, by prolog akurat napisać od nowa. Co zresztą uczyniłam. Musicie mi wybaczyć.
Wszystkich odwiedzających mój blog serdecznie zapraszam do komentowania (rewanż, mam nadzieję, będzie). Od razu mówię, że bardzo dobrze znoszę krytykę, gdyż zależy mi na szczerych opiniach. Zawsze miło jest móc się poprawić.
Dziękuję moim przyjaciółkom, które namówiły mnie do założenia tej strony i mnie wspierają. Jesteście wspaniałe i nie zapominajcie o tym!