Heeeeej! Tak, to ja, Autorka. Powiem w prostych żołnierskich słowach: jestem dumna z tego rozdziału. Napisałam go w terminie, tylko moja kochana Ola niezbyt spieszyła się ze sprawdzaniem. Ale i tak ci dziękuję :*
Zauważyłam u siebie pierwsze oznaki poprawy stylu pisania. Niektórzy też o tym wspominają... (tak, jestem skromna). Bardzo się z tego powodu cieszę, bo staram się by rozdziały były jak najciekawsze.
Akcja się rozwija i pojawią się nowi bohaterowie. Systematycznie będę aktualizować zakładkę "Słowniczek" i "Bohaterowie"
Podsumowanie: Jestem z tego rozdziału dumna i mam nadzieję, że Wam też się spodoba.
Zapraszam do czytania i komentowania.
P.S. Dziękuję za ponad 600 wyświetleń! Wspaniała liczba (:
P.S. Dziękuję za ponad 600 wyświetleń! Wspaniała liczba (:
Evell
______________________________
Altaïr
Od razu zauważył, że ludzie Bernarda byli zbyt pewni siebie
– szli swobodnie po mieście, zupełnie nie kryjąc się z tym, że jeden z nich ma
zemdlonego, zmaltretowanego człowieka zarzuconego na plecy.
Manewrowali sprawnie w labiryncie wąskich uliczek, raz po raz przechodząc przez niewielkie mosty spinające ze sobą brzegi miejskich kanałów. Ilekroć zbliżali się do wody, do nozdrzy asasyna docierał smród zdechłych ryb i ludzkich nieczystości płynących spokojnie z prądem. Altaïr marszczył nos i zastanawiał się, jak gondolierzy rozwożący wodnymi drogami towary i ludzi po całej Wenecji po kilka godzin dziennie, znoszą takie warunki.
Przeskakując zwinnie z dachu na dach, podążał za oddziałem najemników, bacząc, by nie stracić ich z oczu. Żołnierze pod komendą templariusza w ciągu kwadransa dotarli do jednej z głównych ulic i zaczęli przeciskać się przez tłum. Ludzie nerwowo cofali się, przestraszeni, patrząc na twarde oblicza wojowników i na ich zakrwawione ubrania. Kilka razy mijali strażników patrolujących dzielnicę, którzy, na widok Ezia kołyszącego się miarowo na plecach jednego z osiłków, otwierali oczy szeroko ze zdumienia. Niektórzy uśmiechali się, zadowoleni.
Manewrowali sprawnie w labiryncie wąskich uliczek, raz po raz przechodząc przez niewielkie mosty spinające ze sobą brzegi miejskich kanałów. Ilekroć zbliżali się do wody, do nozdrzy asasyna docierał smród zdechłych ryb i ludzkich nieczystości płynących spokojnie z prądem. Altaïr marszczył nos i zastanawiał się, jak gondolierzy rozwożący wodnymi drogami towary i ludzi po całej Wenecji po kilka godzin dziennie, znoszą takie warunki.
Przeskakując zwinnie z dachu na dach, podążał za oddziałem najemników, bacząc, by nie stracić ich z oczu. Żołnierze pod komendą templariusza w ciągu kwadransa dotarli do jednej z głównych ulic i zaczęli przeciskać się przez tłum. Ludzie nerwowo cofali się, przestraszeni, patrząc na twarde oblicza wojowników i na ich zakrwawione ubrania. Kilka razy mijali strażników patrolujących dzielnicę, którzy, na widok Ezia kołyszącego się miarowo na plecach jednego z osiłków, otwierali oczy szeroko ze zdumienia. Niektórzy uśmiechali się, zadowoleni.
- Najwyraźniej mój przyjaciel zalazł za skórę już wielu z
nich – pomyślał ponuro asasyn.
Jeden z kapitanów mijanych przez najemników grupek, widząc
dumnie kroczącego Bernarda, zatrzymał się.
- Niezły połów jak na ciebie, ty lurido codardo! – zawołał kpiąco.
- Chiudi il becco! Zamknij dziób! I uważaj, kogo nazywasz
tchórzem, Ferdinando – wycedził przez
zęby Bernardo, kipiąc z gniewu – Czy mam może wspomnieć pewnej osobie o upojnej
nocy, jaką ostatnio spędziłeś w tym bordello,
zamiast czuwać na warcie? – dodał
z chytrym uśmieszkiem.
Ferdinando wzruszył ramionami i skinął ręką na swoich
podkomendnych, by szli dalej za nim. To samo uczynił Bernardo, mamrocząc coś
pod nosem.
Altaïr przyglądał się całej sytuacji z dachu jednej z kamienic i teraz z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Rozbawił go wręcz dziecinny gniew templariusza. Opanował się jednak i ruszył za żołnierzami.
Kilka kroków dalej podbiegła do nich jakaś kobieta w łachmanach i z brudnymi włosami. Najwyraźniej była zdesperowana, bo nie odstraszył jej widok groźnie wyglądających, uzbrojonych mężczyzn z bliznami na twarzach.
Altaïr przyglądał się całej sytuacji z dachu jednej z kamienic i teraz z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Rozbawił go wręcz dziecinny gniew templariusza. Opanował się jednak i ruszył za żołnierzami.
Kilka kroków dalej podbiegła do nich jakaś kobieta w łachmanach i z brudnymi włosami. Najwyraźniej była zdesperowana, bo nie odstraszył jej widok groźnie wyglądających, uzbrojonych mężczyzn z bliznami na twarzach.
- Błagam, panie, dajcie mi trochę pieniędzy! Moja rodzina
głoduje, dzieci są chore, a ja od kilku dni nic nie jadłam. Miejcie litość! –
wykrzyknęła niewiasta z lekkim obłędem w oczach, zwracając się do dowódcy.
- Zejdź mi z drogi, głupia! – odpowiedział szorstko
Bernardo, zaciskając pięści.
- Jestem biedna, chora i głodna! Spójrzcie na mnie i okażcie
łaskę! – nie ustępowała żebraczka, przysuwając się bliżej templariusza.
To najwyraźniej go zeźliło, bo uniósł rękę i z całej siły
uderzył kobietę w policzek. Upadła na ziemię kilka metrów od niego. Przyciskając
wychudzone dłonie do bolącej strony twarzy, łkała cicho.
Bernardo odwrócił się triumfalnie do swoich towarzyszy, którzy patrzyli się tępo w pokrzywdzoną niewiastę.
Bernardo odwrócił się triumfalnie do swoich towarzyszy, którzy patrzyli się tępo w pokrzywdzoną niewiastę.
- A wy na co się gapicie, montoni? – warknął – Nie płacę wam za stanie jak słupy soli. Za
mną! – to mówiąc, obrócił się zamaszyście i ruszył dumnym krokiem przed siebie.
Najemnicy spojrzeli niepewnie po sobie, jednak z ociąganiem
poszli śladami swojego dowódcy.
Altaïr, biegnąc za nimi po dachu, kipiał z gniewu – z gniewu na siebie samego i na własną bezradność. Nie mógł stawić czoła oddziałowi najemników w pojedynkę, do tego nieuzbrojony. Taki ruch skazany byłby na porażkę - dawno minęły już czasy, kiedy bez wysiłku dawał radę całemu oddziałowi w pojedynkę . Do tego jak głupiec zostawił swoje nieodłączne zwykle ukryte ostrze w kryjówce, myśląc, iż wybiera się na zwykły spacer. Teraz właśnie ono najbardziej by mu się przydało. Ironia losu – był przekonany, że takich błędów nauczył się nie popełniać.
Zrezygnowany, śledził wciąż ludzi Bernarda. Zastanawiał się, którą z wież miał na myśli templariusz i czy długo zamierzają jeszcze iść – powoli zapadał zmrok, a asasyn zamierzał wkraść się do celi, w której zapewne zamkną Ezia, i wydostać go stamtąd wtedy, gdy ryzyko wykrycia było najmniejsze – kiedy większość znudzonych strażników zaśnie. Nie miał ochoty natknąć się na wartowników uzbrojonych po zęby, do tego wypoczętych i trzeźwych.
Pomimo bezradności i pustego gniewu cieszył się chwilą – biegł swobodnie po rdzawych dachówkach weneckich domów, skąpanych w czerwono - złotych promieniach zachodzącego słońca, znikającego stopniowo za horyzontem. Patrzył na majestatyczne statki i mniejsze łódki kołyszące się swobodnie na morzu migoczącym w świetle ostatniego przebłysku dnia, chłonąc piękno nieba powoli zmieniającego barwę na kobaltowy. Pierwsze gwiazdy zamrugały nieśmiało.
Latarnie zapaliły się, rzucając na liczne uliczki ciepłe, żółte światło. Gwar, panujący wszędzie za dnia, przycichł znacznie, co stanowiło miłą odmianę dla uszu. Na deptaki wylegli wędrowni artyści, próbujący swoich umiejętności przed Carnevale. Pluli ogniem, żonglowali, wykonywali akrobacje gimnastyczne oraz grali na różnych instrumentach - można było usłyszeć lutnie, liry, cytry i flety.
Altaïr chłonął piękno miasta, by chwilę potem zmierzyć się z ponurą rzeczywistością – oto śledzona przez niego grupa najemników dotarła do jednej z wież strażniczych, nie różniącej się niczym od innych, rozsianych po całej Wenecji – miała popękane ceglane ściany i szary, trójkątny dach, który nie wystawał zbytnio ponad inne budynki.
Asasyn zatrzymał się i przykucnął, czujnie obserwując żołnierzy. W zimnym świetle wschodzącego księżyca wyglądał jak orzeł wypatrujący swojej ofiary.
Bernardo podszedł szybkim krokiem do drewnianych, okutych żelazem wrót wieży i zastukał cicho. Wartownik otworzył małe okienko wbudowane w bramę, a templariusz powiedział coś przyciszonym głosem. Okienko zamknęło się i po chwili ze środka budynku dobiegł zgrzyt odsuwanej zasuwy. Otwarto drzwi i powstało wejście na tyle duże, by mogło się tam zmieścić zaledwie paru ludzi.
Bernardo odwrócił się do swoich najemników.
Altaïr, biegnąc za nimi po dachu, kipiał z gniewu – z gniewu na siebie samego i na własną bezradność. Nie mógł stawić czoła oddziałowi najemników w pojedynkę, do tego nieuzbrojony. Taki ruch skazany byłby na porażkę - dawno minęły już czasy, kiedy bez wysiłku dawał radę całemu oddziałowi w pojedynkę . Do tego jak głupiec zostawił swoje nieodłączne zwykle ukryte ostrze w kryjówce, myśląc, iż wybiera się na zwykły spacer. Teraz właśnie ono najbardziej by mu się przydało. Ironia losu – był przekonany, że takich błędów nauczył się nie popełniać.
Zrezygnowany, śledził wciąż ludzi Bernarda. Zastanawiał się, którą z wież miał na myśli templariusz i czy długo zamierzają jeszcze iść – powoli zapadał zmrok, a asasyn zamierzał wkraść się do celi, w której zapewne zamkną Ezia, i wydostać go stamtąd wtedy, gdy ryzyko wykrycia było najmniejsze – kiedy większość znudzonych strażników zaśnie. Nie miał ochoty natknąć się na wartowników uzbrojonych po zęby, do tego wypoczętych i trzeźwych.
Pomimo bezradności i pustego gniewu cieszył się chwilą – biegł swobodnie po rdzawych dachówkach weneckich domów, skąpanych w czerwono - złotych promieniach zachodzącego słońca, znikającego stopniowo za horyzontem. Patrzył na majestatyczne statki i mniejsze łódki kołyszące się swobodnie na morzu migoczącym w świetle ostatniego przebłysku dnia, chłonąc piękno nieba powoli zmieniającego barwę na kobaltowy. Pierwsze gwiazdy zamrugały nieśmiało.
Latarnie zapaliły się, rzucając na liczne uliczki ciepłe, żółte światło. Gwar, panujący wszędzie za dnia, przycichł znacznie, co stanowiło miłą odmianę dla uszu. Na deptaki wylegli wędrowni artyści, próbujący swoich umiejętności przed Carnevale. Pluli ogniem, żonglowali, wykonywali akrobacje gimnastyczne oraz grali na różnych instrumentach - można było usłyszeć lutnie, liry, cytry i flety.
Altaïr chłonął piękno miasta, by chwilę potem zmierzyć się z ponurą rzeczywistością – oto śledzona przez niego grupa najemników dotarła do jednej z wież strażniczych, nie różniącej się niczym od innych, rozsianych po całej Wenecji – miała popękane ceglane ściany i szary, trójkątny dach, który nie wystawał zbytnio ponad inne budynki.
Asasyn zatrzymał się i przykucnął, czujnie obserwując żołnierzy. W zimnym świetle wschodzącego księżyca wyglądał jak orzeł wypatrujący swojej ofiary.
Bernardo podszedł szybkim krokiem do drewnianych, okutych żelazem wrót wieży i zastukał cicho. Wartownik otworzył małe okienko wbudowane w bramę, a templariusz powiedział coś przyciszonym głosem. Okienko zamknęło się i po chwili ze środka budynku dobiegł zgrzyt odsuwanej zasuwy. Otwarto drzwi i powstało wejście na tyle duże, by mogło się tam zmieścić zaledwie paru ludzi.
Bernardo odwrócił się do swoich najemników.
- Bene. Dobrze. Wy
dwaj – wskazał na wojownika niosącego nieprzytomnego Ezia oraz na jego
towarzysza – Za mną. Reszta – podniósł głos – Czekać w pobliżu na mój powrót.
I, na miłość Boską, macie być cicho, idioti!
A teraz odmaszerować!
Żołnierze rozeszli się i skryli w półmroku pobliskich
uliczek. Niektórzy mamrotali coś gniewnie do swoich kompanów, którzy
energicznie kiwali głowami. Templariusz i dwóch wskazanych przez niego mężczyzn
weszło do środka strażnicy.
Altaïr cicho jak kot zszedł po ścianie budynku na którym kucał i wtopił się w mrok panujący w zaułku na dole. Odczekał chwilę, a kiedy głosy zirytowanych ludzi Bernarda znacznie przycichły, odważył się wyjść ostrożnie w światło ulicznej latarni. Rozejrzał się szybko – na deptaku, w przeciwieństwie do reszty miasta, nie było żywej duszy – i podszedł do wieży, bacznie lustrując ją spojrzeniem. Obszedł ją dookoła, w myślach układając sobie plan niedługiej, jak miał nadzieję, podróży na górę. Zauważył ozdobny fryz po zachodniej ścianie budowli i czepił się go. Odetchnął kilka razy głęboko i zaczął wyszukiwać w ciemnościach kolejnych szpar, szczelin i wystających cegieł, które ułatwiały mu wspinaczkę. Piął się stopniowo w górę, z dość dużą łatwością znajdując oparcie dla rąk i nóg. Po kilku minutach dotarł na szczyt, gdzie zatrzymał się, wytężając wzrok.
Jego oczom ukazał się drewniany podest umieszczony dwa metry niżej i otoczony ze wszystkich stron ceglanymi blankami, pośrodku którego znajdowała się otwarta klapa. Z wnętrza dziury, do której prowadziła, połyskiwało słabe światło.
Altaïr przeczesał wzrokiem podest i zauważył dwójkę głęboko śpiących strażników, opartych o siebie plecami w rogu rusztowania. Asasyn ześlizgnął się powoli na drewniane belki i, nie robiąc przy tym najmniejszego hałasu, podszedł do klapy. Zajrzał do środka – równomiernie rozmieszczone pochodnie oświetlały drabinę prowadzącą w głąb wieży. Złapał się pierwszego szczebla i zaczął schodzić w dół. Co kilka metrów przystawał, by w razie czego móc usłyszeć dźwięki świadczące o obecności nie śpiących żołnierzy.
Zszedł już spory odcinek do miejsca, w którym tunel z drabiną otwierał się na okrągłe pomieszczenie, kiedy do jego uszu doszły niewyraźne głosy. Od razu znieruchomiał.
Altaïr cicho jak kot zszedł po ścianie budynku na którym kucał i wtopił się w mrok panujący w zaułku na dole. Odczekał chwilę, a kiedy głosy zirytowanych ludzi Bernarda znacznie przycichły, odważył się wyjść ostrożnie w światło ulicznej latarni. Rozejrzał się szybko – na deptaku, w przeciwieństwie do reszty miasta, nie było żywej duszy – i podszedł do wieży, bacznie lustrując ją spojrzeniem. Obszedł ją dookoła, w myślach układając sobie plan niedługiej, jak miał nadzieję, podróży na górę. Zauważył ozdobny fryz po zachodniej ścianie budowli i czepił się go. Odetchnął kilka razy głęboko i zaczął wyszukiwać w ciemnościach kolejnych szpar, szczelin i wystających cegieł, które ułatwiały mu wspinaczkę. Piął się stopniowo w górę, z dość dużą łatwością znajdując oparcie dla rąk i nóg. Po kilku minutach dotarł na szczyt, gdzie zatrzymał się, wytężając wzrok.
Jego oczom ukazał się drewniany podest umieszczony dwa metry niżej i otoczony ze wszystkich stron ceglanymi blankami, pośrodku którego znajdowała się otwarta klapa. Z wnętrza dziury, do której prowadziła, połyskiwało słabe światło.
Altaïr przeczesał wzrokiem podest i zauważył dwójkę głęboko śpiących strażników, opartych o siebie plecami w rogu rusztowania. Asasyn ześlizgnął się powoli na drewniane belki i, nie robiąc przy tym najmniejszego hałasu, podszedł do klapy. Zajrzał do środka – równomiernie rozmieszczone pochodnie oświetlały drabinę prowadzącą w głąb wieży. Złapał się pierwszego szczebla i zaczął schodzić w dół. Co kilka metrów przystawał, by w razie czego móc usłyszeć dźwięki świadczące o obecności nie śpiących żołnierzy.
Zszedł już spory odcinek do miejsca, w którym tunel z drabiną otwierał się na okrągłe pomieszczenie, kiedy do jego uszu doszły niewyraźne głosy. Od razu znieruchomiał.
- Nie obchodzi mnie to, że nie macie już cel – Altaïr
rozpoznał zirytowany głos Bernarda – To jest mój jeniec i będzie zamknięty,
gdzie ja chcę. Więc albo przeniesiecie jednego z waszych więźniów gdzie
indziej, albo skarzecie go na śmierć. Nieważne, jakim sposobem to zrobicie,
asasyn będzie umieszczony tutaj.
- Ależ altezza,
nie mamy gdzie przenieść żadnego z więźniów, a nie możemy tak po prostu skazać
go na śmierć. Dobrze wiesz, messere,
że ci ludzie nie popełnili żadnej realnej zbrodni, byli po prostu dla nas
niewygodni. Gdybyśmy ich powiesili, lud zapewne szybko by się zbuntował i
wybuchłaby rebelia. A na taki kolej rzeczy na razie nie możemy sobie pozwolić –
wyjaśniał cierpliwie kapitan straży.
- W takim razie możecie umieścić go nawet w stajni, razem z
końmi, byleby tylko mój jeniec znalazł się tutaj. Zrozumiano?
- Tak jest, altezza.
Altaïr usłyszał szczęk otwieranej celi. Spojrzał w dół i dostrzegł
kapitana schodzącego po schodach, trzymającego za łańcuch przytroczony do
metalowej obroży na szyi wymizerowanego więźnia.
Chwilę potem rozległ się dźwięk nagłej kotłowaniny i odgłos przekręcanego klucza.
Chwilę potem rozległ się dźwięk nagłej kotłowaniny i odgłos przekręcanego klucza.
- Macie tu stać i nikogo nie przepuszczać – rozkazał
zdecydowanym głosem Bernardo, zwracając się do swoich najemników – Wrócę tu
rano, by zająć się asasynem. Gdyby do tego czasu się ocknął, pod żadnym pozorem
nie zbliżajcie się do krat. Nie chcecie chyba paść ofiarą jego ostrza? –
templariusz zrobił pauzę – Dobrze. Jesteście tu jedynymi wartownikami i
pamiętajcie o jednym: jeśli jutro zobaczę was śpiących na warcie, obiboki, nie
wypłacę wam pensji przez najbliższe dwa miesiące. Dotarło to do was, wy zakute
łby? A teraz macie czuwać i żadnej gry w karty! – rzucił na odchodnym Bernardo
i zszedł po schodach, tupiąc głośno.
Tak jak spodziewał się Altaïr, kiedy tylko trzasnęła brama
zamknięta za dowódcą, niezadowoleni żołnierze zaczęli wymieniać swoje uwagi.
- Gdyby tylko ojciec mnie widział – burknął pierwszy –
Zamiast zostać prawnikiem, służę jako popychadło u jakiegoś zarozumiałego bastardo. Trzeba było pojechać do Sieny,
kiedy nadarzyła się okazja, mówię ci.
- Spokojnie, Carlo – uciszył go drugi – Nie wiadomo, czy tam
wiodłoby się nam lepiej. A Bernardo nie jest taki zły – owszem, zazwyczaj jest
gburowaty, ale zdarzają mu się lepsze dni i potrafi się nawet uśmiechać.
- Mów za siebie, Antonio. To nie ty musiałeś dwa tygodnie
temu pojechać do Rzymu tylko po to, by kupić mu rapier. Kiedy wróciłem, ukarał
mnie za to, że musiał tak długo czekać. Tak jakby podróż w tę i z powrotem
mogła trwać trzy godziny!
- Przynajmniej nam płaci. A teraz bądź cicho, bo jeszcze nas
ktoś usłyszy. Chodź, zagramy w karty.
- Nie słyszałeś? Zabronił nam. Nie chcę znowu wylądować w
kupie łajna, jak poprzednio – Carlo miał wątpliwości.
- Strasznie przynudzasz – odparował jego towarzysz -
Przecież powiedział, że wróci dopiero rano. No, dalej. Nie mamy się czego
obawiać.
Asasyn, zupełnie nie zdziwiony brakiem dyscypliny w szeregach
wroga, zaczekał na moment, kiedy dwaj najemnicy znaleźli się pod nim i wtedy
ciężko na nich spadł. Zaskoczeni żołnierze, przygnieceni ciężarem Altaïra,
zaczęli się szamotać, jednak asasyn zdzielił ich mocno po głowie i obydwaj
zemdleli.
- Przepraszam, panowie, jednak wasza partyjka musi poczekać
– powiedział kpiąco.
Wstał, rozglądając się dookoła. Jego wzrok spoczął na
kluczach zawieszonych na gwoździu wbitym w drewnianą ścianę. Sięgnął po nie i
szybko ruszył w kierunku więziennych cel, wypatrując Ezia. Jego kroki odbijały
się echem po pomieszczeniu. Większość więźniów już spała, jednak niektórzy
patrzyli na przechodzącego Altaïra z niemym błaganiem o pomoc. Z tego, co
usłyszał asasyn, ci ludzie byli niewinni i współczuł im, jednak nie mógł ich
uwolnić. Nie miał czasu, by otwierać wszystkie cele - lada chwila wartownicy
mogli się ocknąć, a jemu zależało na pozostaniu anonimowym.
Obszedł pomieszczenie dookoła i już miał zejść na niższy poziom, kiedy do jego uszu dotarło stłumione pojękiwanie. Wrócił do miejsca, z którego dochodził głos i w ciemności zobaczył skuloną postać, odzianą w zakrwawioną białą szatę. Altaïr zaklął i szybko otworzył celę.
Wszedł do środka i zarzucił sobie półprzytomnego Ezia na plecy.
Odwrócił się i naprzeciwko siebie zobaczył okno dość duże, by można było wydostać się nim na zewnątrz. Asasyn wychylił przez nie głowę i spojrzał w dół. Kilka metrów niżej znajdował się dach kamienicy połączonej jedną stroną z wieżą – idealna droga na ucieczkę.
Obszedł pomieszczenie dookoła i już miał zejść na niższy poziom, kiedy do jego uszu dotarło stłumione pojękiwanie. Wrócił do miejsca, z którego dochodził głos i w ciemności zobaczył skuloną postać, odzianą w zakrwawioną białą szatę. Altaïr zaklął i szybko otworzył celę.
Wszedł do środka i zarzucił sobie półprzytomnego Ezia na plecy.
Odwrócił się i naprzeciwko siebie zobaczył okno dość duże, by można było wydostać się nim na zewnątrz. Asasyn wychylił przez nie głowę i spojrzał w dół. Kilka metrów niżej znajdował się dach kamienicy połączonej jedną stroną z wieżą – idealna droga na ucieczkę.
- To kiedyś było znacznie trudniejsze – zamyślił się Altaïr
z dziwną nostalgią – Żeby wydostać asasyna z budynku pełnego żołnierzy trzeba
było mieć wszystko idealnie zaplanowane i stoczyć z nimi krwawy pojedynek. A
teraz? Jeden człowiek, do tego nieuzbrojony, może spokojnie wykonać swoją misję
bez większych problemów.
Uśmiechnął się smutno.
W tej chwili rozległ się tupot nóg – ktoś najwyraźniej wchodził po schodach.
Asasyn szybko przecisnął się przez okno i przykucnął na
zewnętrznym parapecie, oceniając odległość dzielącą go od dachu. Wypatrzył
miejsce, w którym dachówki tworzyły płaską powierzchnię i skoczył, wybijając
się mocno. Wylądował na ugiętych nogach, amortyzując upadek. Wyprostował się z
trudem.
- Cholera – mruknął cicho do jęczącego Ezia, poprawiając go
sobie na ramieniu - Ważysz dużo więcej, niż mogłoby się to wydawać.
- Zabawnie byłoby widzieć minę templariusza, kiedy zorientuje się, że uciekł mu
więzień – dodał w myślach – No cóż, innym razem. Teraz muszę jak najszybciej
dotrzeć do kryjówki, zanim podniesie alarm.
Pobiegł w ciemności, zostawiając za sobą wieżę i
zamieszanie, które w niej wybuchło.
***
Godzinę później Altaïr kończył opatrywać rannego Ezia
leżącego na drewnianym łóżku. Cięcia zadane przez miecze nie były głębokie,
jednak by nie zostały po nich blizny, asasyn musiał je dokładnie oczyścić i
owinąć bandażami. Wyszedł na chwilę z pokoju i wrócił z mokrą szmatką, którą
położył na rozpalonym czole Ezia. Ten zaczął mamrotać coś niezrozumiale przez
sen. Altaïr lekko się uśmiechnął.
- To na razie powinno ci wystarczyć – powiedział do niego
cicho, siadając przy biurku stojącym w kącie pomieszczenia – Poczekam, aż sam
się obudzisz. Tak będzie najlepiej.
Na blacie paliła się jedna świeca, rzucając ciepłe światło.
Asasyn przysunął do siebie księgę z pustymi kartkami, wziął do ręki pióro i umoczył je w kałamarzu. Myślał przez chwilę, wystukując palcem miarowy rytm. Po czym zaczął pisać.
Asasyn przysunął do siebie księgę z pustymi kartkami, wziął do ręki pióro i umoczył je w kałamarzu. Myślał przez chwilę, wystukując palcem miarowy rytm. Po czym zaczął pisać.