7 stycznia 2014

Rozdział II


Ech... Tak, w końcu wstawiam ten rozdział. Musicie mi wybaczyć, że nie doczekaliście się go przez prawie 2 miesiące... Niestety, nie zdołałam pokonać mojego wrodzonego lenistwa i nie udało mi się wykrzesać w sobie odrobiny motywacji. Jeszcze jednym czynnikiem było to, że prawie każdy wieczór spędzałam w Tumblrze i na bloga nawet nie zajrzałam. Tym razem, mam nadzieję, będzie inaczej i kolejny rozdział pojawi się w terminie.

Chcę Wam jednak podziękować za pozytywne komentarze, które dowodzą, że mój zmysł pisarski nie jest niedorozwinięty. Dziękuję za wsparcie i przepraszam, że się nie odwdzięczam. Muszę po prostu wziąć się w garść.

Dziękuję także Oli za poprawienie tego rozdziału i za popędzanie mnie do jego wstawienia! <3

Miłego czytania!
                                                                                                             Evell
_________________________________________

Altaïr

Biegł już przez dłuższy czas, przeskakując z budynku na budynek. Popołudniowe słońce raziło go w oczy, jednak nie zwalniał tempa. Od czasu do czasu przystawał, by spojrzeć na sylwetki Wenecjan przemykające w dole po brukowanych uliczkach lub na gondole płynące po brudnych wodach miejskich kanałów. Altaïr dostrzegł kilka bogato odzianych kobiet, wędrujących w gronie towarzyszek od jednego krawca do drugiego, lub kupujących biżuterię i ozdoby przy stoiskach handlarzy. Sukien tych dam nie sposób było nie zauważyć – aksamity i jedwabie miały znaczącą objętość i rzucające się w oko kolory, a kryształowe kolie i bransolety odbijały światło słoneczne. Przeważającą liczbę przechodniów stanowili jednak mężczyźni, spieszący do kowali, do banków, marszandów lub lekarzy. Wszyscy, z nielicznymi wyjątkami, ubrani byli w dostojne stroje o bufiastych rękawach i w pończochy, niekiedy poprzetykane złotymi nićmi, natomiast na głowach mieli płaskie czapki zazwyczaj przyozdobione pawimi piórami lub obszyte różnego rodzaju futrami.
Budynki mijane przez Altaïra idealnie podkreślały zamożność miasta: zdobione fryzy, kamienne lwy, balkony z kwiatami, liczne obrazy i rzeźby oraz malowane okiennice – wszystko wspaniale ze sobą współgrało i nawzajem się uzupełniało.
Ogólne wrażenie przepychu potęgował także fakt zbliżającego się, sławnego Carnevale. Na ulicach można było dostrzec wędrownych artystów w kolorowych strojach oraz liczne, wielobarwne wstęgi materiału, porozwieszane na ścianach kamienic i na barierach mostów. Nawet miejscy strażnicy sprawiali wrażenie bardziej rozluźnionych niż zwykle, jednak wielu z nich spoglądało na karnawałowe zamieszanie z nieukrywaną pogardą i dezaprobatą.
Asasyn patrzył z ponurą miną na przytłaczające bogactwo miasta, rozmyślając nad tym, jak bardzo świat i ludzie się zmienili. Jednak nie to było głównym powodem jego rozważań – bacznie śledził pewnego człowieka przeciskającego się przez tłumy na ulicach i próbował odgadnąć jego zamiary.
Altaïr zauważył tego mężczyznę godzinę wcześniej, kiedy to przysiadł na ławce  w pobliżu Ponte di Rialto, odpoczywając po porannym spacerze. Siedział tam przez jakiś czas, wpatrując się w mętne wody Canale Grande i raz po raz zerkając na ludzi chodzących po niewielkim placyku. Wsłuchiwał się w różne rozmowy prowadzone między handlarzami i klientami, jednak żadna z nich nie przykuła jego uwagi na dłużej. Kiedy Altaïr postanowił wznowić przerwany marsz, jeden z ulicznych heroldów wspiął się na drewniany podest i zaczął ogłaszać zwykłe wieści z życia mieszkańców Wenecji. Asasyn od razu stracił zainteresowanie jego przemówieniem i już miał wstać z ławki, jednak wtedy zaciekawiło go  jedno z licznych ostrzeżeń wypowiedzianych mówcę.


-Ezio Auditore, od niedawna najbardziej znany i najgroźniejszy morderca Italii, jest obecnie w naszym mieście! Uważajcie, gdzie i kiedy chodzicie! – krzyknął herold do ludzi zebranych na placyku.

Asasynowi to imię wydało się dziwnie znajome, jednak nie miał czasu się nad nim zastanowić – pośród tłumu dostrzegł człowieka w białym kapturze, energicznie zbliżającego się do osobnika na drewnianym podeście. Zakapturzony mężczyzna wspiął się na podwyższenie i podejrzanie blisko podszedł do herolda. Nachylił się ku niemu, mówiąc coś półgłosem, po czym Altaïr zobaczył dyskretny ruch, który wykonał człowiek w kapturze – włożył on w garść mówcy kilka monet. Ten zrobił zdziwioną minę, ale kiwnął głową na znak porozumienia i nieznajomy oddalił się w kierunku jednej z pobliskich uliczek. Asasyn bez zastanowienia ruszył za nim w tamtym kierunku, domyślając się tożsamości podejrzanego osobnika.
Szedł kilka kroków za nim, kryjąc się w cieniu. Bacznie obserwował swój cel, będąc gotowym na szybkie wtopienie się w tło, gdyby zakapturzony mężczyzna nagle odwrócił głowę. Kiedy więc nieznajomy przystanął i rozejrzał się, Altaïr w mgnieniu oka dał nura w sąsiedni wąski zaułek. Najwyraźniej podejrzany człowiek nie dostrzegł niczego niepokojącego – wybił się w górę i jakby nigdy nic zaczął swobodnie wspinać się po ścianie jednego z budynków.

-Ciekawe, co jeszcze potrafisz – powiedział do siebie asasyn przyciszonym głosem, obserwując mężczyznę pnącego się na dach kamienicy.

Kiedy nieznajomy ruszył przed siebie po dachówkach, Altaïr wyszedł z ukrycia i, idąc w ślady swojego celu, chwycił się jednego z fryzów zdobiących brudny budynek. Rozpoczął wspinaczkę, która zajęła mu trochę więcej czasu niż jego poprzednikowi. Będąc już przy dachu, spostrzegł metalową poręcz służącą do zawieszania kwiatów, umieszczoną metr pod zadaszeniem, i złapał ją rękoma. Zawisł na chwilę w powietrzu, jednak zaraz podciągnął się, przykucając na drążku. Dotarł na szczyt kamienicy w idealnym momencie, by spostrzec jak mężczyzna w kapturze, odwrócony do niego plecami, przeszywa łucznika ostrzem przytwierdzonym do nadgarstka. Asasyn zastygł w miejscu, chowając głowę pod poziom dachu, modląc się, by nieznajomy go nie zauważył. Jego prośby spełniły się – kiedy łucznik skonał, zakapturzony mężczyzna wyprostował się i spojrzał dookoła, jednak nie zechciał sprawdzić, czy przypadkiem ktoś nie kuca na poręczy.

-Czyżby doża Wenecji nie zatroszczył się o to, by jego strażnicy byli przeszkoleni w walce z takimi niebezpiecznymi ludźmi jak ja? – do uszu Altaïra dotarł arogancki głos zabójcy - Jestem teraz prawie niemożliwy do pokonania.

Asasyn ostrożnie wychylił głowę nad dachówki i zobaczył swój cel oddalający się w kierunku przeciwległej krawędzi zadaszenia. Nieznajomy dotarł tam, spojrzał w dół na ulicę znajdującą się pod nim, po czym na ułamek sekundy znieruchomiał i skoczył w przestrzeń.
Wtedy Altaïr odważył się wspiąć na dach. Podszedł sztywno do martwego łucznika i spojrzał w jego nieruchome oczy. Wzrok asasyna powędrował w dół i zatrzymał się na ranie na brzuchu zmarłego, do złudzenia przypominającej krwawy kwiat. Altaïr doskonale znał taki rodzaj obrażeń i stwierdził, że śmierć tego mężczyzny musiała być wyjątkowo bolesna. W geście szacunku, jaki okazywał każdemu, kto odszedł na tamten świat z jego lub obcej ręki, pochylił się i delikatnie zamknął puste oczy łucznika, wyszeptując słowa błogosławieństwa.


-Chyba znalazłem odpowiedź na moje poprzednie pytanie – powiedział zgryźliwie asasyn, prostując się.

Szybkim krokiem oddalił się od zwłok i dotarł do miejsca, z którego skoczył mężczyzna w kapturze. Wychylił się poza krawędź dachu i dostrzegł wóz świeżo skoszonego siana. Kilka metrów od niego stał nieznajomy, opierający się o ścianę sklepu marszanda i machający zalotnie do grupki kurtyzan. Na jego twarzy Altaïr spostrzegł bezczelny uśmieszek i poczuł do tego człowieka obrzydzenie – stał w wyzywającej pozie, flirtując z prostytutkami, podczas gdy raptem trzy minuty wcześniej bez skrupułów zabił człowieka, nawet nie zamykając mu oczu. Na dodatek wypowiedział kilka niepochlebnych słów pod adresem ofiary, chwaląc się własnymi umiejętnościami.
Asasyn domyślił się już, kim jest mężczyzna, którego śledzi – Ezio Auditore, ten sam, przed którym rano ostrzegał herold. To oznaczało, że ten człowiek jest wrogiem doży Wenecji, a tym samym w dziwny sposób sprzymierzeńcem Altaïra – kolejnym asasynem.


- Dziękuję za takiego sojusznika –pomyślał Altaïr, marszcząc brwi.

W tym samym momencie dostrzegł orła szybującego po niebie  w prostej linii nad głową Ezia. Zrozumiał ten znak i westchnął. Nieważne, co myślał – ten ignorant miał mu pomóc w walce z templariuszami. Chcąc nie chcąc musiał go śledzić, żeby przekonać się, co zamierza zrobić.
Zrobił kilka głębokich wdechów i wybił się w górę. Skoczył.
Kiedy spadał z rozpostartymi rękoma, jego pozbawione napięcia ciało wyrysowało w powietrzu łuk, pęd powietrza szarpał mu szaty. A potem idealnie wylądował w wozie pełnym siana, który zamortyzował upadek.
Asasyn pozostając w ukryciu obserwował, jak jego cel naciąga głębiej kaptur i zaczyna powoli sprawdzać stan amunicji.


-Co za głupiec – pomyślał Altaïr – Takie rzeczy robi się przed misją, a nie w jej trakcie.

Już dawno domyślił się, że Ezio ma zadanie do wykonania – inaczej nie starałby się zbytnio wyciszyć rozgłosu, przekupując herolda. Zdjąłby także swój kaptur i nie przemieszczał po dachach, by, jak mniemał Altaïr, szybciej znaleźć się u celu swojej misji. Nie zachowywałby się tak ostrożnie, chowając się w sianie i wtapiając w grupkę kurtyzan. Poza tym asasyn dostrzegł jeszcze coś, co wskazywało na trwające zadanie – Ezio cały czas nerwowo spoglądał na słońce, jakby chcąc zobaczyć, ile jeszcze zostało mu czasu.
Altaïr zauważył wszystkie te znaki i teraz przyglądał się swojemu przyszłemu sojusznikowi z konsternacją. Stworzył w myślach listę wszystkich błędów, jakie popełnił młodzieniec i obok niezbyt udanej anonimowości, braku szacunku dla zmarłych i arogancji dopisał niedostateczne przygotowanie do misji.


- Merda! – usłyszał Altaïr wciąż przebywający w swojej kryjówce – Gdyby nie Rosa, uzupełniłbym to wcześniej, a teraz muszę znaleźć najbliższego kowala. Zanim go odwiedzę i kupię potrzebne rzeczy, stracę dużo czasu, a powodzenie mojej misji nie będzie już takie pewne. Jak ponownie się z nią spotkam, powiem jej, że poważnie zagraża moim działaniom.

- I wszystko jasne – pomyślał asasyn, uśmiechając się pogardliwie – Więc to kobieta przeszkodziła mu w przygotowaniach.

Kątem oka zauważył, jak Ezio podchodzi do człowieka grającego na lutni. Obrócił lekko głowę i spostrzegł, że młodzieniec sięga do sakiewki i wyjmuje garść florenów, a następnie wręcza pieniądze grajkowi. Mężczyzna podziękował i uśmiechnął się z wdzięcznością.
Kiedy Ezio ominął człowieka z lutnią i zaczął iść dalej deptakiem, Altaïr ostrożnie wyszedł z siana i strzepnął z szaty pozostałe źdźbła. Poprawił swój skórzany pas i ruszył śladami młodego mężczyzny, starając się nie przyciągać niczyjej uwagi. To samo zapewne chciał uczynić jego „przyjaciel", jednak wychodziło mu to dość nieudolnie – co chwilę potrącał przechodniów lub mężczyzn niosących skrzynie z różnymi towarami. Rozlegały się wrzaski i przekleństwa, kilka razy uwagę na zamieszanie zwracali strażnicy.
Altaïr po raz kolejny przywołał w myślach swój spis i dopisał tam brak umiejętności dyskretnego poruszania się w tłumie.
W końcu Ezio zatrzymał się, dostrzegł bowiem warsztat kowala do którego, według Altaïra, zmierzał. Wyminął kobietę niosącą dzban z wodą i skierował swe kroki do kuźni. Asasyn postanowił, że zostanie na zewnątrz i poczeka, aż jego cel wróci na deptak. Dostrzegł wolne miejsce na ławce w cieniu i usiadł tam, pochylając głowę. Bacznym spojrzeniem obserwował wejście do pracowni, raz po raz zerkając na grupkę strażników stojącą koło jednego z kamiennych lwów po drugiej stronie ulicy i gawędzącą o czymś swobodnym tonem. Altaïr nie mógł dosłyszeć ich słów, ponieważ zakłócały je głosy przechodniów i krzyki handlarzy, zachęcających do kupna ich towarów. Obawiał się podejść bliżej, by nie stracić z oczu kuźni. Siedział więc tak nieruchomo, wyczekując momentu, kiedy Ezio wyjdzie z warsztatu. Trwało to dłużej, niż oczekiwał i z niezadowoleniem patrzył na wychodzącego z pracowni młodzieńca.


- Ten głupiec jest naprawdę zbyt pewny siebie – pomyślał z dezaprobatą asasyn.

Wstał powoli z ławki, ruszając za swoim celem. Pomyślał, że łatwiej mu będzie obserwować Ezia z góry i w tym momencie dostrzegł drabinę opartą o ścianę jednego z budynków. Chwycił ją rękoma i szybko wspiął się na górę.  Już na dachu rozejrzał się szybko. Nie zauważył jednak nikogo i truchtem podbiegł do miejsca, w którym znajdował się idealnie nad Eziem. Skręcił razem z nim w małą uliczkę i po kilku krokach dostrzegł przed sobą ścianę. Niewiele myśląc, zgrabnie przeskoczył na drugą stronę wąskiego przejścia. Nie miał szczęścia – zobaczył jak jego sojusznik zatrzymuje się, najwyraźniej zauważając cień na bruku. Ezio spojrzał w górę. Altaïr zareagował za wolno - przez sekundę widział jego brązowe oczy i dopiero wtedy gwałtownie się cofnął. Momentalnie znieruchomiał, jakby miało to wymazać niefortunne zdarzenie. Czekał przez chwilę w napięciu, mając nadzieję, że Eziowi nie wpadnie do głowy pomysł, by wspiąć się na dach. Po odczekaniu całej minuty ostrożnie wychylił się poza krawędź, akurat w momencie, by zobaczyć jak drugi asasyn idzie dalej wąską uliczką. Altaïr odetchnął z ulgą.
- Następnym razem muszę być ostrożniejszy – mruknął do siebie, ruszając za swoim celem.
Nie spiesząc się zbytnio, dotarł na plac św. Marka. Dostrzegł tam tłum zebrany przed Palazzo Ducale - widocznie wydarzyło się coś, co przykuło uwagę większości ludzi przebywających na placu. Zbiegowisko najwyraźniej przykuło także uwagę strażników patrolujących okolicę – wielu z nich przeciskało się przez skłębionych wenecjan, by przyjrzeć się zdarzeniu z bliska. Powodem całego rozgardiaszu była walka pomiędzy grupką zbrojnych – Altaïr nie mógł określić jednak, pod czyją komendą służą, ponieważ barwy noszone przez żołnierzy były mu nieznane.
Poszukał wzrokiem Ezia i znalazł go, znikającego w cieniu jednej z bram wychodzących z placu. Dogonił go lekkim truchtem, bacząc, by tamten go nie usłyszał.
Jego niepokój wzbudził widok kilku potężnie zbudowanych mężczyzn, nadchodzących z naprzeciwka. Najwyraźniej Ezio także ich dostrzegł i zatrzymał się.
Altaïr przykucnął, wytężając wzrok i starając się przyjrzeć człowiekowi idącemu na czele tamtej grupki. Wydało mu się, że to właśnie on jest jej przywódcą, co trochę go zaskoczyło. Mężczyzna był prawie o głowę mniejszy od pozostałych i na pewno nie tak umięśniony, co tamci – lekki napierśnik skrywał chuderlawe i patykowate ciało. Wtedy dotarło do asasyna, że reszta towarzyszących mu ludzi to najemni wojownicy – a więc ich dowódca miał nad nimi władzę tylko ze względu na pieniądze, nie szacunek.
Kiedy grupa przystanęła, Altaïr dostrzegł, że jej przywódca mierzy się z Eziem groźnym spojrzeniem i wyczuł w powietrzu głębokie napięcie pomiędzy tą dwójką. Coraz bardziej zaciekawiony przebiegiem wypadków, w milczeniu obserwował scenę rozgrywającą się pod nim.

- Bernardo – powiedział Ezio obojętnym tonem, wyraźnie zwracając się do swojego przeciwnika.


- We własnej osobie – na twarzy przywódcy wykwitł bezczelny uśmieszek – Ty nigdy nie odpuszczasz, prawda?

- Nie mam w zwyczaju czynić inaczej – Ezio dumnie podniósł głowę.

Altaïr zauważył, że na miejsce zdarzenia przybywa coraz więcej najemników. Cała sytuacja zaczynała mu się coraz mniej podobać, nie tylko ze względu na znacznie większą przewagę liczebną wroga nad młodym asasynem.

- Cóż, dokonałeś więc wyboru. Moi ludzie rozprawią się z tobą w ciągu chwili. Oto miejsce, w którym zginiesz… asasynie – do uszu Altaïra dobiegł wypełniony obrzydzeniem głos Bernarda.

- To się jeszcze okaże – odpowiedział ostro Ezio.

Ku zdumieniu asasyna, jego przyszły sojusznik zaatakował, wysuwając swoje ukryte ostrze. W mgnieniu oka zabił pierwszego z najemników, przebijając mu wnętrzności. Drugi wpadł z impetem na Ezia, który zamachnął się swoją bronią i ciął atakującego w szyję. Wojownik padł, a z rany trysnęła fontanna krwi.

- Zabić go! – rozległ się piskliwy rozkaz Bernarda.

W odpowiedzi Ezio rzucił się na zbliżających się ku niemu żołnierzy.
Altaïr z niechętnym podziwem obserwował walczącego mężczyznę. Najemnicy padali pod jego ciosami jak muchy, a on sam nie został ani razu zraniony. Ciął, markował i pchał po mistrzowsku, a jego kontry wywarły niemałe wrażenie na asasynie. Zauważył jednak, że Ezia zbytnio rozprasza fakt, iż coraz więcej najemników z nim walczy.
Po kilku chwilach stało się pewne, że sojusznik Altaïra powoli zaczyna opadać z sił pod napływem wojowników – kilka razy został draśnięty, a jego ruchy stawały się coraz bardziej powolne.
Asasyn przeklął siebie w duchu – całą broń zostawił rano w swojej kryjówce, myślał bowiem, że wybiera się tylko na zwykły spacer. Teraz bezradnie musiał obserwować, jak młody mężczyzna słabnie i szala zwycięstwa powoli przechyla się na stronę ludzi Bernarda.
Altaïr ze smutkiem – z żalu nie mógł już nawet zdobyć się na pogardę - patrzył, jak Ezio zdobywa kolejne obrażenia. W końcu jeden z żołnierzy trafił drugiego asasyna w bok. Ofiara wydała okrzyk bólu, a oprawca skorzystał z okazji i powalił ją na ziemię. Ezio stracił zbyt dużo krwi. Natychmiast otoczyli go ludzie Bernarda, a na ich czele stał on sam– uśmiechający się od ucha do ucha z satysfakcją na twarzy.


- I tak oto kończy wielki asasyn! Zabierzcie go do wieży strażniczej! – zwycięzca wydał rozkaz swoim najemnikom, ciesząc się niezmiernie.

Altaïr dostrzegł, że w tym momencie Ezio zemdlał, a jeden z podkomendnych Bernarda podszedł do niego niespiesznie i zarzucił sobie na plecy jak szmacianą lalkę. Dał znak swoim kompanom i cała zgraja ruszyła w stronę, z której przybyła.
Asasynowi nie pozostało nic innego, jak za nimi pójść.

1 komentarz:

  1. NARESZCIE!!! Nie mogłam się już doczekać tego drugiego rozdziału XD
    świetnie piszesz, genilanie opisujesz... w ogóle jest cudownie XDDD
    Altair mówi do siebie ;)
    ciekawe co będzie dalej *o*
    czekam na nexta!!! Mam nadzieję, że napiszesz go już NIEDŁUGO ;*

    OdpowiedzUsuń